Wkurwienia w kategorii: ‘Miejsca’
Marność nad marnościami…
23 czerwca, 2013, Autor: WigarusTo będzie nieco przydługa historyjka, bardzo wielowątkowa i niespójna, ale nic na to nie poradzę.
Niedawno w rodzinie miałem 2 pogrzeby – to znaczy, piszę o tym jako o fakcie dokonanym, ponieważ w chwili, kiedy te słowa pojawiają się na monitorze, jestem dopiero po pierwszym pogrzebie, a nie wiem, kiedy ten wkurw ostatecznie się pojawi. W każdym razie dwóch denatów zaszkodziło sobie samym i nie chodzi o to, że nie mam dla nich współczucia, ponieważ jakby nie patrzeć to jednak była rodzina, ale chodzi raczej o to, że dzisiaj – gdyby chwilę pomyśleli – mogliby sobie spokojnie żyć, a nie skończyć w taki sposób. Załóżmy, że pierwszy z nich nosi imię Jan, a drugi Janusz.
Na pogrzebie Jana przeżyłem deja vu – już kiedyś do czegoś takiego doszło. Mój wuj, który zmarł kilka lat temu, nagminnie pił alkohol i to właśnie ten zdradziecki płyn go wykończył, a konkretniej niska temperatura, bo zgon nastąpił w zimie. Jan skończył tak samo, a nawet gorzej, bo był początek czerwca. Jan to był człowiek, któremu nie dało się już w żaden sposób pomóc – był alkoholikiem i rozwodnikiem i to właśnie pod wpływem alkoholu miał niemałe jazdy, podczas których wygrażał, że policzy się z tym lub tamtym. Kolo miał spore gospodarstwo i mógłby trzepać na nim grubą kasę, gdyby oczywiście umiał, ale że alkohol wygrywał walkę z jego mózgiem, stało się inaczej. Jak skończył swój żywot? Na rodzinnej imprezie. Mnie nie było przy tym osobiście, bo wyruszyłem później z kuzynem na ognisko i wróciliśmy dopiero po północy lekko wstawieni, więc wolałem nie pokazywać się reszcie towarzystwa, tylko od razu poszedłem na górę. Ponoć Jan napierdalał całe szklanki (kurwa) wódki i wszystko to pił duszkiem. W końcu tak się nawalił, że trzeba było go odwieźć do domu. Pojechały z nim 2 osoby plus jedna trzeźwa, która prowadziła wóz. Jan nie mieszkał daleko, na oko siedem kilometrów od miejsca imprezy. No i następnego dnia telefon – już wtedy, kiedy siedziałem w domu: „Jan nie żyje, znaleźli go martwego w domu”. Przyczyna? Alkohol, a konkretniej wylew. Cóż… to właściwie jest kamień milowy do reszty wydarzeń, do których jeszcze nie doszło, ale do których pewnie dojdzie. Zacznie się bezpardonowa walka o to gospodarstwo, bo według wcześniej zawartych umów miało zostać ono podzielone pomiędzy najbliższych krewnych Jana, ale złożyło się tak, że jedna z osób prawdopodobnie chce zagarnąć je całkowicie dla siebie. Mówię „prawdopodobnie”, gdyż ogólne rozmowy na ten temat plączą się i wzajemnie wykluczają, zresztą – ja i tak jestem siostrzeńcem Jana i raczej niczego bym nie dostał, w sumie kładę na to chuja. Ja mam dobre kontakty z własnym kuzynostwem, no może nie z większością, ale z tymi, których naprawdę lubię. Czarny scenariusz, który przewiduję, zapowiada, iż nasi wszyscy rodzice – już w sumie częściowo skłóceni – zaczną robić jakieś układy, kłócić się jeszcze bardziej, a w efekcie kontakty zostaną w 90% zerwane. Może się mylę – chciałbym się mylić, jednak już raz rodzina od strony drugiego mojego rodzica pokłóciła się o podobną sprawę, nie ziemię, lecz w każdym razie chodziło o kasę. Abstrakcyjne, cuchnące papierki ze starymi mordami, w stosunku do których człowiek ubzdurał sobie, że coś znaczą. A jednak kasa przyciąga nawet mnie i trochę zaczynam się bać, bo staję się powoli taki sam, choć próbuję z tym walczyć. Jan miał plany, ambicje pewnie też, ale wódka przyćmiła to wszystko i szczerze mówiąc też się spodziewałem, że nadejdzie dla niego smutny kres i ten kres będzie miał związek z alkoholem. Człowiek się uśmiecha do innych ludzi, nazywa ich rodziną, a tu nagle pojawia się okazja na zdobycie forsy i taki człowiek w jednej chwili jest gotów ich wszystkich wychujać i zgarnąć wszystko dla siebie, mimo że inne strony, które teraz rypie w dupę, coś dla niego zrobiły, bardzo często wiele rzeczy.
Teraz Janusz… Kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie – to przysłowie w tym przypadku się sprawdziło. Powiedzmy, że Janusz nie działał we własnych interesach do końca legalnie… No dobra, kurwa, był złodziejem – nazwijmy rzecz po imieniu, eufemizmy nie są nam potrzebne. Wiecie, rodziny się nie wybiera. Koleś kilka razy siedział, miał rodzinę i to dosyć sporą, ale co z tego, skoro ich też sprowadzał na złą drogę. Potem przeprowadził się do innego kraju, nie powiem jakiego – to nie jest aż tak istotne. Janusz również odbył tam karę, ale dosyć szybko wyszedł. Jak pewnie się domyślacie, to nie poskromiło jego apetytu na kolejne kradzieże. Wziął wspólnika, obrał odpowiedni cel i postanowił ten cel okraść. Ale była tam osoba, która nieco przerosła 2 złodziejaszków, toteż musieli równo spierdalać. Ten młodszy uciekł w jedną stronę, Janusz natomiast w drugą, ale miał pecha, bo był starszy i ten, co ich gonił, stwierdził, że jest łatwiejszy do złapania. W końcu zdesperowany Janusz rzucił się do wody, licząc, że ją przepłynie – niestety nie przepłynął. Umiał pływać, ale pewnie uderzył głową o jakieś skały i tak skończyła się jego przygoda. Co mnie najbardziej wkurwia? 2 rzeczy. Po pierwsze: jego występek dał obcokrajowcom kolejny powód, aby uważać Polaków za społecznych szkodników. Po drugie: on ma takie samo nazwisko jak ja. Wkurwia mnie to, bo może kiedyś ktoś go ze mną skojarzy i uzna, że jestem taki sam. Z jednej strony mam w to wyjebane, z drugiej to jednak słaba sytuacja.
Inna sprawa, już niezwiązana z pogrzebami: życie na wsi. Wielu chciałoby tu mieszkać, no bo świeże powietrze, piękne widoki, cisza… OK, zgadzam się, to są ewidentne plusy, jednakże nie można też zapominać o minusach. Sprawa ta łączy się z Janem. Rumor, plotki i inne chujstwo – to jest domena wsi. Nieważne, jakie są fakty, mieszkańcy wiedzą lepiej. Koleś najebany tak, że słowa nie potrafi powiedzieć, ale co z tego? Wieś wie, że się powiesił, chociaż to nie jest, kurwa, możliwe. Wieś wie, że ktoś go zadźgał, chociaż według patologów tak nie było. Wieś wie lepiej. Tu, gdzie mieszkam, jeszcze jest OK, bo jesteśmy bardziej zurbanizowani, ale bywają wsie, gdzie czas się zatrzymał i od lat 90. do 2013 praktycznie nic się tutaj nie zmieniło. Idziesz przez ulicę i jeśli uważnie przyjrzysz się co drugiemu domostwu, zobaczysz latające na boki zasłony. Ludzie boją się wyjść, ale wiedzą wszystko. Kto komu dał dupy, kto kogo okradł. Ludzie nie mają własnego życia, więc interesują się twoim, żeby mieć co opowiadać sąsiadkom tak samo szczekliwym jak oni. Kościół to miejsce na ploteczki i zaprezentowanie swojej religijności – nie słuchasz księdza, Biblię traktujesz jak regulamin jakiegoś forum (zgadzasz się z nim, jednak nigdy nie przeczytałeś go całego), ale chuj – jesteś wielkim katolikiem. Spróbuj się wyróżnić wśród tłumu… Uuuu, lincz gwarantowany. Najbardziej wkurwiają mnie takie wiejskie dekle, które nie potrafią dobrze się wysłowić, wbijają na remizę czy inne obozowisko wixy, luty czy huty, i szukają, komu by tu najebać. Oczywiście biją się tylko wtedy, kiedy za ich plecami stoi jeszcze kilku kolegów, bo inaczej mogliby wyjść na pizdę. Niedaleko Trójmiasta, w pewnym sołectwie jedna z tych band wozi się z… maślanką… Chodzą, kurwa, rozpierdoleni po ulicy z maślankami w dłoniach. Piwa czy szlugów oczywiście nie kupią, bo mama im nie pozwoli, a pani sprzedawczyni ze sklepu to ciotka chrzestna, więc szybko by wygadała i kabel od żelazka odbiłby się na dupie. Takie kozaki. Z telefoniku leci sobie muzyczka „Nasze bloki są zajebiste” – jakie – ja się pytam – bloki? Chyba rysunkowe i techniczne. Uwierzcie, że ja naprawdę nie gardzę rolnikami pracującymi w polu i ludźmi mówiącymi po kaszubsku, kultywującymi swą tradycję. Nie, nie mam nic do nich. Jednak wieśniactwo to już stan umysłu, potężny ubytek, który trzeba leczyć.
Ja wiem jedno: zanim zejdę z tego smutnego świata, zażyczę sobie, żeby moje ciało spalono. Co potem zrobią z prochami – wypierdolą do morza czy ustawią sobie w urnie, nie będzie mnie już obchodzić. Organy przed kremacją niech wytną i dadzą tym, którym będą potrzebne, a co do stypy – niech napierdala muzyka, a ludzie się bawią. Nawet niech DJ zapuszcza jakiś dubstep, byle było wesoło. Chcę, żeby ludzie cieszyli się, że zszedłem z tego świata i nie muszę już patrzeć na całą masę pokurwieńców. Co mnie gorszego może spotkać? Ja na chwilę obecną nie wierzę w nic. Czarne tło po śmierci jest dla mnie satysfakcjonującą rzeczą. A zakładając, że jednak Biblia albo inne tego typu księgi mają rację, to nawet gdybym trafił do Piekła, to… kurwa, byłem zły, więc Szatan zaprosi mnie na wieczny melanż… Bardzo dobrze. A na razie będę patrzeć na te wszystkie kłótnie i próby nachapania się forsą za wszystkie czasy, ciesząc się z jednej strony tym, że póki co mnie te próby nie dotyczą. Amen.
spostrzeżenie
15 grudnia, 2012, Autor: MakiaCóż, ponarzekam sobie jak stara baba, bo już jestem emerytką w tym jebanym akademiku. Jestem jak skamielina, dinozaur. Po pięciu latach mieszkania w tym syfie widzę, jak został on zdominowany przez bandę pryszczatych mórd lalusio-emotów, amorficznych cipko-fiutków i herod-bab z przyklejoną do paszczura fają…
O ja pierdolę, o tempora, o mores!
Czy zauważyliście, że coraz trudniej jest spotkać na ulicy kobiecą kobietę i męskiego faceta? Płcie się hybrydyzują i często mam autentyczny problem z klasyfikacją. Coraz częściej widzę bezkształtne babsztyle z dupą jak stąd do Kaukazu, okularami kujonkami na pół twarzy i obowiązkowym szlugiem w zębach. Dupska rosną też facetom, coś wręcz nie do pomyślenia! Dobra, babie można jeszcze to wybaczyć, w końcu tak ją programuje natura żeby jej dupa obrastała sadłem, ale facet z wielką dupą i cycem to już chyba przesada? Przeciwieństwem są osobniki zniewieściałe, które bardziej przypominają szkielet albo anorektyczne dzieci niż facetów. Ale pewnie są bardzo wrażliwi i lubią rozmawiać po seksie, hehe, szkoda że nigdy nie przyjdzie mi sprawdzić… :)
Z zaniepokojeniem widzę, że ze wstrętem odnoszę się do takich ludzi. Czy naprawdę nie można odsmażyć sobie kolacji i nie zaczadzić w międzyczasie całej kuchni 10 fajami? Gotują i palą nad tym garem, używając chyba popiołu zamiast pieprzu. Z ryjów niczym z kloaki leje się rynsztok wulgaryzmów. Rozumiem, że kurwa od czasu do czasu może dodać wypowiedzi ekspresji, ale bez przesady, hehe.
Ogólny wniosek jest taki że społeczeństwo się degeneruje, co potwierdza się też podczas udzielania korepetycji z co niektórymi geniuszami 21. wieku. Nie daj Boże cudze dzieci uczyć…
Beznadziejni ludzie, i to ma być nasz kwiat, ta przyszła inteligencja, studenci? Jeszcze parę lat temu było inaczej… Starzeję się, oj starzeję się kurwa…. !
Boże Ciało oczyma katolika
7 czerwca, 2012, Autor: SzturmierzJak powszechnie wiadomo dzisiaj, to jest 07.06.2012 w całej Polsce wszyscy katolicy (w tym ja) obchodzili Boże Ciało. Pomyślałem, że wypadałoby pójść na masze skoro tak rzadko na niej bywam. No więc poszedłem, trochę się spóźniłem, bo jak zwykle trochę mi się zaspało – w końcu mam kurwa wolne (chcąc nie chcąc i tak bym miał) no ale chuj, dobra dotarłem na miejsce. Przekraczam próg przedsionka, jednej z bocznych naw kościoła, otwieram drzwi – a tu jeb! Tysiące ściśniętych w gęstym tłumie ludzi, w jednym momencie skierowało wzrok na moją skromną osobę. Z ich przeszywających mnie na wskroś oczu mogłem wyczytać najgorsze obelgi, litościwe błagania typu „kurwa koleś zlituj się i nie wchodź jeszcze Ty!”, ale i pogardę, że nie przybyłem na czas i śmiałem przerwać rozpoczynające się już nabożeństwo. Lekko zaszokowany wycofałem się i niczym szara myszka przystanąłem w koncie przedsionka, zaraz przed drzwiami. Jak się okazało, był to błąd. Już chyba lepiej bym zrobił, wpierdalając się w ten dziki tłum i tam skonał, niż stanął tam gdzie stanąłem. Nie minęło 5 minut, jak ludzie, zaczęli wypęzać z kościoła. Nie wiem jak udało im się stamtąd wyjść, może wynieśli ich nad głowami, jak na Woodstock’ u bo innej możliwości nie widziałem. Wszyscy Ci ludzie a było ich sporo, byli dziwnie bladzi, jeden nawet odbił się dwa razy od ściany, po czym dopiero wyszedł. Jakież było moje zdziwienie, jak zobaczyłem skupionego pijaczka (oczywiście pod wpływem) dzielnie wbijającego w silnie zwarty tłum. Myślałem że zaraz się cofnie, albo sami ludzie go wypierdolą z hukiem, ale nie – przebił się jakoś i został tam do końca. Widać alkohol ma jakieś zajebiste nieznane dotąd właściwości. no więc stoje, ludzie zaczynają napierać od pleców, bo tłum na dworze się zagęścił – kurwa mać, myślę, no nie wyjdę jak mi nogi odejmie i padnę pokotem na zimną posadzkę kościoła. Nie dość że kurwa wstyd, to pewnie nikt dupy nie ruszy żeby mi pomóc. Zacisnąłem pięści i oparłem się o ścianę. Modliłem się o to bym mieć spokój i móc skupić się na przedłużającym się kazaniu. Ale ni chuja, bo kilka minut później, matka niepotrafiąca zająć się dwoma małymi córeczkami, pierdoliła system i całą złość potomstwa pozostawiła reszcie ludzi z przedsionka. „Na ręce, na ręce, chce na ręce!!!” – i tak kurwa co 2 sekundy. Biegało to kurwa w jedną i drugą stronę, między nogami, oczywiście za każdym kursem obijał się gówniarz o mnie. Myślałem, że zbiorę się na siłach i pierdolnę raz drugi w dupę to się gnojkowi odechce. Ale że jestem pizda, musiałem znosić te katuszę przez drugą połowę mszy. Wreszcie komunia – jak dobrze, tylko procesja i do domu, pomyślałem. No właśnie kurwa, procesja. Wyszedłem z kościoła, niestety ministrant z głośnikami ustawił się jakieś 3 metry ode mnie i napierdala śpiewem organisty prosto w łeb. Okey, jakby ten organista jeszcze śpiewał w miarę, a głośnik nie przerywał co 3 sekundy – przemilczał bym. W pewnym momencie nie widziałem już czy idę w procesji, czy może znajduje się kurwa na festiwalu muzyki klubowej – bo zamiast śpiewu, z głośnika wydobywał się swoisty dup-step! Jeszcze trochę, a daję głowę uciąć że cały tłum zacząłby podskakiwać w rytm „muzyki” zwanej katolikdance :/ W takim tłumie, jak wiadomo, nie trudno o wkurwienie, tysiące spoconych ciał ocierają się o ciebie, pod nogami chrupią kwiaty, wydzielając przykrą woń, co już nieźle mnie wkurwiło. Idę, sobie a raczej posuwam się niesiony przez tłum a przede mną kurwa jakieś roszady pierdolone mohery odpierdalają. Nie dość że ścisk jak chuj, człowiek niema gdzie stopy postawić, to tym się jeszcze zmiany miejsc zachciało -no kurwa! Myślałem że tak jednej jak i drugiej podstawię nogę i się wypierdolą, nie mając pojęcia kto to zrobił, po czym zostaną rozdeptane przez katolicki tłum. Ale oczywiście po raz drugi okazałem się pizdą i znosiłem takie kurewskie zmiany położenia przez kilka następnych minut. Nie dotrwałem do końca, skręciłem w boczną ulicę i wkurwiony pognałem z siostrą do domu. Kurwa, że co roku musi być to samo, chociaż przynajmniej w tym roku żaden bezczelny dziadek się na mnie nie zjebał, bo i tak też bywało…
Dzięki, nara!
Kibel
31 maja, 2012, Autor: FaquśByłem wczoraj w kaplicy grzechu współczesności zwanej inaczej barem jedzenia śmieciowego, czyli KFC. Wolę KFC od MC, bo jedzenie jest tam minimalnie bardziej ,,jedzeniowe”. Ale do rzeczy:
Wizytę zacząłem od wejścia do łazienki, nazywanej dalej kiblem. Na wejściu uderzył mnie odór – słodko mdlący zapach odświeżaczy z nutą moczu. Drugą rzeczą była zajebiście głośna muzyka, co zadziwiło mnie to początkowo, jednak potem odkryłem przeznaczenie tego zabiegu. Emitowany był jakiś nowoczesny-popowy syf, przyprawiający o kurwicę mózg. Cienkim męski pedalski głosik jęczał o jebaniu. Ale do rzeczy. Przeszedłem do drugiej części kompleksu, gdzie mieściły się pisuary. Automatyczne światło zabłysło. Słodko-mdlący zapach ustąpił miejsca przed przenikliwym smrodem uryny. Zastanowiło mnie to na dwa sposoby: czy oni nie czyszczą toalet ? Czy to taki wielki problem lać do muszli ? Jako że potrzeba wymagała użycia kabiny, przygotowując się na najgorsze otworzyłem drzwi. Tu nastąpiło zaskoczenie. Kabina była prawie nieużywana. Szary, dziurawy papier(ale to standard przecie) i zafajdana podłoga bliżej smugami bliżej nieokreślonego pochodzenia. Kiedy tak kontemplowałem podłogę zgasło światło. Pomimo wszystkich machań rękami nie zapaliło się, dopóki nie opuściłem kabiny. I wtedy do mnie dotarło: muzyka głośniejsza niż w głównym pomieszczeniu + gasnące światło w kabinie. Wszystko przygotowane do popularnej kopulacji w najbardziej obrzydliwy sposób. Moją twarz wykrzywiło obrzydzenie i naraz poczułem narastające wkurwienie. Wyleczyć je mogłem tylko wykurwiając stamtąd, co też uczyniłem. Fin.



(oceniano 15 raz(y), średnia ocen: 9,73 na 10)