Wkurwienia w kategorii: ‘Dom’
Autowkurw (po większości) kablowy
21 lutego, 2010, Autor: ArkPonieważ po dłuższej przerwie jutro muszę iść do tyry, wymyślałem przeróżne powody, żeby tylko przedłużyć ostatni dzień (wieczór?) 'wypoczynku’, zamiast się walnąć spać i wypocząć.
Że mi się jakoś ostatnio za gęsto zrobiło na/obok/pod biurkiem, to… usiłując posprzątać, policzyłem sobie kable. Wiem, wiem – idiotyzm, ale wynik przeszedł wszelkie moje oczekiwania. Policzyłem wszystko: przedłużacze, i kable używane raz na 'ruski rok’, ale mimo wszystko efekt mnie zadziwił. 38 kabli dla jednego stacjonarnego kompa to jednak przesada. Najbardziej wkurwia mnie że można to zredukować pewnie o jedną trzecią i ograniczyć szanse na pajęczyny, no ale (cyt.) 'na takie rzeczy to ni ma czasu’.
Aha, + 1 do listwy + 1 zasilanie wzmaka + 2 do kolumn. Nosz – 42; masakra, a nawet TV nie mam w tym pokoju.
http://img696.imageshack.us/img696/8928/kablewmoimkompie.jpg
Pod narożnikiem
3 lutego, 2010, Autor: MarksNarożnik zrobiony jest z płyty oraz włożonego na złączenie kawałka metalu(aluminium bodajże). Taka konstrukcja spełnia swoje zadanie. Jest stabilna, sztywna i jak mniemam dość łatwa w montażu. Jednak taka miejscami nisko usadowiona konstrukcja nie raz staje się przyczyną zderzeń. Podobnie jest z framugą drzwiową. Metalowa rama włożona stabilnie w wycięty, a raczej pozostawiony w ścianie otwór. Około metr szerokości w sam raz żeby się zmieścić przechodząc ze sporym zapasem. Tylko czy na pewno? Otóż przejdźmy do rzeczy:
Punkt 1wszy czyli „Jak z klasą zapierdolić w narożnik”. Zdarza mi się to często. Zazwyczaj gdy zapomnę że tam jest ten skurwiały narożnik który tylko czeka by mnie dobić. Podchodzę do okna bo słyszę sygnały dźwiękowe służb ratunkowych więc podchodzę z ciekawości… a raczej doskakuje do okna i zawsze, ale to zawsze zderzam się głową z narożnikiem. Jest to dość twarde, zwłaszcza w miejscu łączenia i oprócz guza na chwilę tracę świadomość, jestem oszołomiony po takim uderzeniu i mam zawroty głowy.(to by tłumaczyło fakt że jestem nie do końca normalny). Podobnie kiedy ładuje telefon. Otóż ktoś musiał założyć gniazdo akurat pod narożnikiem. Na cały dom, musiał zapierdolić to pieprzone gniazdo pod zasranym narożnikiem. Teraz podchodzę, szybko chciałbym podpiąć tego grata do ładowania, jedną ręką trzymam telefon i gadam z kumplem na ostatku baterii, drugą już wpinam do kontaktu. Zawsze dupne w róg, zawsze. Jak nie wpinając to odpinając wtyczkę kiedy wstaje uderzam potylicą. To jest totalny odlot. Wtedy zawsze mam ochotę tak wziąć i narożnikowi z płyty gipsowej po prostu zapierdolić. Mam wrażenie że robi to specjalnie.(to by tłumaczyło fakt że nie jestem do końca normalny).
Punkt 2gi czyli „Jak ściągnąć z bara framugę drzwiową”. Spieszę się bo wszyscy się spieszą to chciałbym nadążyć za życiem, więc podążam szybkim krokiem. Już dochodzę do kuchni, próbuje zgrabnie się wślizgnąć bokiem i najmniejszym kosztem wysiłkowym coś przekąsić. Jak nie zapierdolę barkiem w część ściany zwaną framugą. Ale to nie jest tylko nieśmiałe dziewicze otarcie. To konkretne zderzenie człowieka z częścią wolnostojącą. Koniec metalowej części od środka ląduje dokładnie na barku zaraz koło szyi. Po prostu wpierdalam się z całym impetem w to gówno. Nie raz mnie odbije nawet. Zawsze po takim zderzeniu przystaję na chwilę w zadumie i zastanawiam się czy coś jest ze mną nie tak czy też może framuga się nocą przesunęła. Kiedyś sobie (po raz kolejny) połamie żebra.
Punkt 3ci czyli „Zimnym palcem w narożnik” Nie ważne czy mam ciepłe wełniane skarpetki czy nie. Nie raz lubię pośmigać po domu bez papciów/ laczków. Niech stopy trochę odpoczną, przewietrzą się, ciepła woda to rarytas. Jako że gaz drogi bo wiadomo kurki, ogrzewać trzeba z umiarem. Więc delikatny chłodny klimat w pokoju schładza mi stopy doprowadzając do stanu w którym są zimne. Idę sobie i nagle kopnę przypadkowo taką stopą we framugę, biurko, łóżko, krzesło, obciążenie. Okropny ból to jest małe piwo przy tym jak ta noga wygląda po takim urazie. Czasem potrafię dwa razy pod rząd zapierdolić. Podniosę się z ziemi i znowu kopnę. Dziw że jeszcze palców nie połamałem na tym gównie.
Nie wiem czy to ja jestem kaleką, czy ten dom zbudowany jest nie pod taki model jak ja. Albo po prostu jestem nieuważny. W każdym razie po prostu mnie to już wkurwia.
Ktoś mnie kurwa przeklął, czy co?
1 lutego, 2010, Autor: Ark22. stycznia popełniłem post, w którym wspomniałem o tym, że na ładnych parę dni pozostawiono mnie w domu samego.
No i zaczęło się.
Rozpisałem się i… skasowałem, bo mi się wydało przynudne i zdecydowałem się wypunktować:
23. Przy wygłupach zabolało mnie żebro. Zauważalnie do tego stopnia, że moje 'O kurwa!’ miało sporo decybeli.
24. Drobiazg – spierdoliły się drzwi harmonijkowe. Poza tym tylko zmarzłem. Żebro boli nadal.
25. Nie myślałem o lekarzu, bo i tak musiałem być w pracy.
26. Po kolejnej do dupy przespanej nocy (pobudka przy każdym zbyt gwałtownym ruchu) zacząłem rozważać urwanie się z pracy i wycieczkę do lekarza. Nie wyszło – musiałem odsiedzieć pełne 8 godzin.
27. Nadal do dupy z żebrem zwłaszcza, że znowu trzeba było poodśnieżać. Stwierdziłem że jeśli się wyśpię, to może będzie lepiej – położyłem się wcześnie spać i 'spóźnię się’ nazajutrz.
28. Wyspany, ale spóźniony. O mało co nie umoczyłem przez to (różni ludzie są na tym świecie, ale o tym może innym razem). Jednak po takim wypoczynku bolało mniej. Wieczorem całkiem spokojnie – przepala się tylko żarówka.
29. Wracam po obiedzie u Siostry, a po drodze kupuję 2 5-metrowe bandaże elastyczne (kurwa, naprawdę nie robią dłuższych szerokich na te chociaż 15cm, czy to w tych moich gównianych aptekach nie ma?). Schodzę do piwnicy reaktywować piec, a tam kurwa mała powódź – szambo wyjebało. Dzwonię, sprzątam, dzwonię. Dziadek umawia fachowców na sobotnie przedpołudnie. Jest po 22:00, więc nastawiam budzik żeby im odśnieżyć dojście. Odwołuję sobotnią kolację (właściwie, to tylko zmienia się lokalizacja, ale i tak kłopot). Żebro boli.
30. Mimo budzika w komórce i pobudek – zaspałem, odśnieżam więc możliwie ekspresowo (fachowcy na szczęście pomagają). Po niespełna 45 minutach sprawa załatwiona – Fachowcy – szapoba (czy jak tam się wieśniaczy z francuska). Nie mam siły, ani za bardzo ochoty, ale zasuwam na tę kolację. Nie żałuję, bo przesmaczna oczywiście (druga Siostra).
31. Życie bywa piękne – przyjeżdża Siostra z Siostrzenicą. Dostaję cudne jedzenie, pomagają sprzątać, przewijają bandaże, a ja cały dzień niemal nie wychodzę z domu. Prawie pięknie… prawie, bo zjebała się pralka. Po 'ręcznym odwirowaniu’ czuję się jak po siłowni, którą nota bene odwiedziłem ostatnio ze 4 lata temu i to hobbystycznie. Około 23:00 przypomina mi się niedzielne podlewanie doniczkowców. Zdecydowałem się iść do lekarza, bo boli nadal. Wieczorem polsat napisał mi że 5.02 mi się wyłączy, bo nie opłacony (zapomniałem przedłużyć zlecenia stałe z konta; na rok zawsze ustawiam). Naprawiłem. To było moje drugie włączenie kompa w domu od czasu ostatniego postu.
01. Wstałem, reaktywowałem piec, zmarzłem po kąpieli (piec się jeszcze nie rozpędził po nocnym odpoczynku), wypiłem kawę i poszedłem do lekarza. Szczęśliwie trafiłem na swojego rodzinnego. Całkiem w porządku łapiduch, jajcarz taki trochę, ale możliwe że słaby, bo więcej ludzisk ma jego konkurencja. Opowiedziałem co i jak, dostałem zjeby za to że z żebrem złamanym/pękniętym przychodzę po 10. dniach dopiero. Oczywiście nie dał mi skierowania na rentgen po takim czasie, przepisał jakieś tam rozluźniająco-spinające pierdolety i jeden przeciwbólowy, ale na szczęście dał zwolnienie (dłuższe niż było potrzebne, ale w mojej pozycji nie zamierzałem
dyskutować). Przy okazji uprzedził, że takie sprawy jak żebra lubią się odnawiać. Trudno. Odpocznę na pewno, może przez te 2. tygodnie zupełnie przestanie boleć.
W międzyczasie ze 3x zapchały mi się rury wylotowe w piecu i więcej niż 4x nasrało tego białego gówna tak, że głupie 40m2 podwórka i powiedzmy 50m2 wkoło (tylko to co najbardziej konieczne) odśnieżałem na 2. raty.
W plecy jestem 20% pensji przez 2 tygodnie, 70-80zł za lekarstwa i bandaże, 100zł za Fachowców (taniocha, bo znajomi), a przede mną jeszcze 2. tygodnie.
No i kurwa znowu coś sypie.
Świąteczne przygotowania.
23 grudnia, 2009, Autor: joawelJak w temacie.
Jako, że spędzam święta nie tylko ze swoją najbliższa rodziną to wybrałam się do tej dalszej pomóc w przygotowaniach. Żeby nie było, że na gotowe itp.
Wchodzę przed 14 i już od progu słyszę, że o tej porze to mogę zacząć przygotowywać się do Wielkanocy udałam, że nie słyszę, bo to najlepsze rozwiązanie. Zagniatałam ciasto drożdżowe, stoję nad tą miską i się krzywię jak po ciepłej cytrynówce pitej w akademiku, bo nie lubię wkładać rąk w ciasto tak jak i nie lubię wyrywać zielska. I znów zostało to zauważone, i milion pytań, czemu nie lubię, przecież to przyjemne (jasne, muchy uważają, że gówno też jest przyjemne i co w związku z tym) no to tłumaczę, że lepi mi się do rąk potem nie mogę domyć, że najgorsze jak pod paznokcie włazi to obce ciało. I błędem było mówienie o myciu rąk, bo nagle sobie ktoś przypomniał, że nie widział jak myłam ręce. Nie myłam, bo nie było takiej instrukcji, jaką ja mam w domu i nie dałam rady, no bo co najpierw mydło potem woda czy na odwrót? Krojenie bakalii, skutek? 3 nadkrojone paznokcie. Kurwa! Nadcięte paznokcie przebijają tylko starte paluchy i paznokcie na tarce do ziemniaków. Po chuj ten nóż taki ostry? Na 20 tylko ten jeden taki ostry, bo resztą nie byłabym w stanie się poderżnąć. Albo jak żyletka albo bardziej tępy niż plastikowe. Krojenie sałatki. Moje ulubione. Najpierw wykład o tym, jak to można posługiwać się nożem lewą ręką, przecież to można sobie krzywdę zrobić, no kurwa można, ale jakoś przez tyle jebanych lat nic mi się nie stało, mam po 5 palców, więc chyba można stwierdzić, że sobie radzę i powierzyć mi pokrojenie marchewki. Jak ten temat jest załatwiony to przechodzimy płynnie do kolejnego. Dlaczego tak grubo jest pokrojone? Nie da się drobniej? To mnie doprowadza do białej gorączki. Kurwa mać, marchewka jest ugotowana, wszyscy mają zęby, kostka jest 7 milimetrów na 6,8 milimetra, to chyba wystarczająco mało by się nikt nie udławił. A w odpowiedzi tylko: można było drobniej.
Koniec szopki, a przynajmniej na dziś.
Tagi: krojenie, przygotowania, święta


(oceniano 6 raz(y), średnia ocen: 6,00 na 10)