Wkurwienia w kategorii: ‘Życie’
Tolerancja? część druga
18 maja, 2014, Autor: WigarusTak sobie ostatnio przeglądałem swoje starsze wpisy i zajarzyłem, że wpis o tolerancji w momencie pisania uznałem za część pierwszą. No więc wypadałoby kiedyś napisać część drugą i ten przełomowy moment właśnie następuje. A to wszystko za sprawą Eurowizji, która sama w sobie jest zdarzeniem kiczowatym i niezbyt ambitnym, ale nie oszukujmy się – bardzo dużym, popularnym i pozwalającym jakoś się wypromować. Ot, taki festiwal, który będzie oglądany przez jakiegoś Andrzeja Nowaka, gdy ten z rodziną będzie wpierdalać bigos albo kiedy będzie siedział w fotelu z Argusem w ręku. Kto wygrał w tym roku, chyba wiedzą wszyscy, tak więc temat tolerancji jak najbardziej pokrywa się z tym wydarzeniem. Zdaję sobie sprawę, że tysiąc osób zdążyło już o tym napisać, kolejne tysiąc nagrać vlogi, lecz póki co temat jest jeszcze aktualny.
Powiem wam jedno: wkurwiłem się. Ale nie dlatego, jak uważa dużo Andrzejów Nowaków, że biuściaste Słowianki są najlepsze i w ogóle to powinny wygrać, ale dlatego że w pewnym momencie nie za bardzo wiedziałem, co właściwie, kurwa, oglądam. Niby jakiś europejski konkurs piosenki, aczkolwiek po czasie okazało się, że dałoby się to podciągnąć pod występ cyrkowy. Brakowało tylko wielbłądów chodzących po linie, klaunów pederastów, małp na lianach i magika z różdżką. Może jestem naiwny, ale Eurowizja to ponoć konkurs piosenki, a nie zawody w wytypowaniu najbardziej popierdolonego ekscesu roku 2014. Ktoś powie, że Conchita ładnie śpiewał/a – na muzyce znam się średnio, może to prawda, jednak w mojej opinii wykonywana przez nią/niego piosenka nie odstawała od reszty i nie wyróżniała się niczym prócz tego, że wykonywał ją facet przebrany za kobietę i mający brodę. Gdyby ów człowiek wystąpił w gajerku jako facet, nie wzbudziłby kontrowersji i zachwytu fanatycznie tolerancyjnej eurogawiedzi. Nie przekonuje mnie gadka, że taki wizerunek miał służyć wyższym celom, ponieważ tu miało chodzić o muzykę, a nie o promowanie konkretnej mniejszości. I nie jest dla mnie istotne, czy śpiewałby gej, Cygan czy kaleka bez rąk – jaranie się tym, że dany piosenkarz zalicza się do mniejszości i musi dobitnie to podkreślać, żeby odwrócić uwagę od muzyki, jest pojebane. Oczywiście, można by było doczepić się np. Murzynów z getta, że rapują o swoim życiu, co w sumie też niejako promuje ich mniejszość. Można byłoby doczepić się do jazzu albo rastafiarianów śpiewających reggae. Również można by się było doczepić do Steviego Wondera, bo przecież jest niewidomy, tyle że w tych czterech przypadkach jakoś nie kłuje mnie to w oczy, ponieważ te wszystkie odmienności – i owszem – są zawarte w ich muzyce, jednak nie dominują. I tak naprawdę nie pamiętam już, o czym śpiewał/a Conchita, wiem tylko, że nosiła brodę.
Wkurwia mnie też to, jak bardzo zmodyfikowano pojęcie tolerancji. Tolerancja to nie jest już postępowanie polegające na tym, że zdaję sobie sprawę z odmienności jakiejś grupy bądź jednostki, lecz wiem, że może ona w innych aspektach być taka jak ja, a dopóki odkłada swoją różnicę na odpowiednią półkę, traktuję ją okej. Obecnie jest to podrzucanie pod mój nos wszystkich tych ekscesów, dając rozkaz, abym bezgranicznie to uwielbiał, abym nie miał wobec tego żadnego zdania i podziwiał ich inność jako coś lepszego od tego, że ja stanowię większość. Jakby ktoś miał skrzydła i popierdalał na nich do roboty, to nie powiem – podziwiałbym go, ale co jest fajnego w tym, że facet przebiera w sukienkę? Znaczy, okej, kogoś może to jarać, ale dlaczego zmusza się mnie, żebym ja na siłę to lubił? Wpierdalanie własnej seksualności do spraw politycznych, kulturowych czy obyczajowych, przysłaniając je tym aspektem, jest hipokryzją. A skoro ludzie tacy jak Conchita chcą, bym ich tolerował, to może niech też w jakimś stopniu uszanują to, że ja na przykład nie chodzę po ulicy z tabliczką mającą napis „Siema, jestem hetero i jestem zajebisty”. A jeszcze inna sprawa, że przez to, że nie lubi się pewnych cech pewnej mniejszości, można w mgnieniu oka zostać wyjebanym z pracy, na przykład, jeśli część swojej wypłaty przeznaczysz na jakąś akcję związaną z nią i nie do końca jej przychylną. Czy gdybym założył jakąś firmę, to miałbym prawo kontrolować usługi i produkty kupowane przez moich pracowników? Prowizoryczna sytuacja: jestem ateistą, więc jak pan Kowalski i Malinowski, którzy pracują w mojej firmie, dadzą choćby złotówkę na kościół, to ich wyjebię. Mogę tak zrobić? Pewnie mogę, a jednak czułbym się z tym źle, bo ich światopogląd – o ile rozsądnie prezentowany – nie wpływa na rozwój mojego biznesu. Róbta co chceta – jedni wydadzą na jedzenie dla dzieci, inni na dziwki, jeszcze inni na kapłana za ołtarzem. Nie moja to sprawa.
Co do reprezentantów Polski, to śmieszy mnie ogólny ból dupy rodaków, którzy buntują się przeciw temu, że przegraliśmy z Conchitą. Czy reprezentowaliśmy wyższy poziom? Nie, chcieliśmy zwrócić na siebie uwagę poprzez ubijanie masła i dekolty – zrobiliśmy dokładnie to samo, co kobieta z brodą. Nasza piosenka do ambitnych nie należała i była hitem kilku miesięcy. Sam Donatan zaś… ech, rozumiem, że włożył dużo do subkultury hip-hopowej, ale dla mnie jest to osoba bardzo fałszywa i zmieniająca zdanie co kilka dni. Najpierw stworzył jakiś kawałek, który niby był parodią jego twórczości, potem, kiedy utwór wbił się na listę Eski czy Vivy, nagle okazało się, że stworzono go na poważnie. Tak samo z Eurowizją – najpierw niby twierdził, że nie przejmuje się wynikami, a jednak w momencie, gdy przegrał, raptem zaczął pisać, że gdyby nie jury, zająłby piąte miejsce. A to wszystko po to, by kilka dni po Eurowizji znowu odciąć kupon od „słowiańskich rytmów”, które z folkiem mają tyle wspólnego, co seria „Piątek trzynastego” z dramatem obyczajowym. Wypuścił jakieś kompletne gówno (to moja subiektywna opinia) i znowu zaprzeczył sam sobie. Także, rodacy, kumam, że Conchita jest niesmaczna, bo sam mam takie odczucia, ale jaranie się Donatanem, „bo dupa i cycki”, jest tak samo absurdalne.
Tolerancja przeradza się w chorobę. Teraz już próbuje się realizować zjebane projekty partyjne polegające na tym, że trzeba wpisać na listę równą liczbę kobiet i mężczyzn, bo przecież „równouprawnienie”. Mam zajebisty pomysł – po co ograniczać to tylko do partii, zróbmy tak ze wszystkim. Jak w kopalni pracuje 40 górników, to 20 wypierdolmy i na ich miejsce dajmy 20 górniczek. W twoim sklepie pracuje trójka mężczyzn? Wypierdol dwójkę i daj w to miejsce kobietę. Albo wiesz co, w sumie to uczyń kobietę drugim szefem, będziecie mieli po 50% zysku każdy. No bo jakże tak? Ty, męska szowinistyczna świnio, chcesz sam zbijać kokosy? Jak mogłeś w ogóle tak pomyśleć? Oczywiście, jeśli kobiety stanowią większość, to jest już okej – wtedy nikt się do tego nie przypierdoli. Na następną Eurowizję proponuję wysłać Mariusza T., żeby skowerował utwór „Wszystkie dzieci nasze są”. Że nie umie śpiewać? A to trzeba umieć śpiewać, żeby wystąpić na Eurowizji? Ważne, że reprezentowałby mniejszość pedofilską i mniejszość morderców (a to już dwie mniejszości!). A tak na serio teraz, słyszałem opinię kilku ludzi, którzy wygraną Cochnity uznali za postęp. Moim zdaniem to nie jest żaden postęp, bowiem postęp polega na tym, iż dochodzi do utworzenia jakichś nowych wynalazków albo prądów ideowych, które pozwalają ułatwić życie obywatelom i gwarantują im w jakimś stopniu bogactwo. Występ kobiety z brodą nie zapewnia mi ani jednego, ani drugiego. Jeśli miałbym ochotę obejrzeć takie widowisko, udałbym się do cyrku.
O służbach mundurowych
15 maja, 2014, Autor: WigarusWiecie, daleko mi do anarchisty, który wyjebałby każdą możliwą instytucję zajmującą się utrzymaniem bezpieczeństwa, jednakże nie oznacza to, że toleruje sposób, w jaki działają one obecnie. Zdarzają się w miarę normalni funkcjonariusze, lecz tych pojebanych występuje sporo, i o ile rozumiem, że po popełnieniu poważnego wykroczenia trzeba taką osobę ukarać, o tyle strasznie wkurwia mnie ogólna megalomania policji i szukanie przez nią dziury w całym. Ot, taka sytuacja z przeszłości – stoję sobie na przystanku i czekam na autobus. Jakieś 90% drogi mam już za sobą, w sumie do domu mógłbym z tamtego miejsca iść z buta i zajęłoby mi to jakiś kwadrans. No ale chuj, najwyraźniej miałem jakieś powody, żeby czekać na tego nieszczęsnego busa. Trzy minuty dzieliły mnie od tego, żeby przyjechał, aż tu nagle na pobocze zajeżdża lodówa policyjna, wysiada dwóch wesołych, niebieskich panów, przedstawiają się i zaczynają zadawać mi pytania wyjęte z dupy. No bo jak inaczej nazwać pytanie w stylu „Co pan tu robi?”. Dodam, że stałem z plecakiem. Hm… Zastanówmy się, co ja tu, kurwa, mogę robić? Zapewne czekam na jebanych kosmitów, żeby im szklankę cukru oddać, bo pożyczyłem kilka dni temu. Wytłumaczyłem, że czekam na autobus, i wówczas przygniotło mnie kolejne intrygujące pytanie: „No ale my patrzeliśmy, że stoisz tu od 10 minut. Po co tak szybko przyszedłeś?”. Skończyło się na tym, że wszedłem do ich batmobilu, dałem plecak do przeszukania, a oni sami wylegitymowali mnie i sprawdzili kieszenie. Autobus w tym samym czasie mi oczywiście spierdolił. I nie powiem, z całym szacunkiem dla tych panów – wydawali się mili i nawet podwieźli mnie pod moją ulicę, ale… Po chuj te wszystkie ceregiele? Ich tłumaczenie brzmiało: „Podejrzanie wyglądasz”, co w sumie nie jest żadnym uzasadnieniem, bo dla policji istnieją trzy typy ludzi względnie podejrzanych: łysi, zakapturzeni albo długowłosy. Kurwa, przeszukali mnie, bo miałem kaptur na głowie? Co to za popierdolone prawo, które pozwala przeszukiwać każdego pod byle pretekstem? Bo w sumie tak właśnie jest. Po prostu sprostują, że jesteś podejrzany, i już mają gówniany powód. Z tego, co wiem, żeby przeszukać prywatne mieszkanie, trzeba mieć nakaz, więc jak to jest, kurwa, możliwe, że mogą ot tak, po prostu przeszukać zwykłego człowieka, bo akurat znalazł się blisko ich błękitnego wehikułu?
Inna sytuacja: dwóch moich kolegów zostało zatrzymanych przez tajnych cweli, którzy zajmowali się narkotykami. Problem polega tylko na tym, że żaden z nich nigdy nie miał nawet takich substancji w rękach, a policja zgarnęła ich, bo jechali i akurat na nich padło. Przetrzepali im całe auto i ich samych, traktując ich jak potencjalnych kryminalistów, chcieli nawet rozebrać pewne części auta, gdyż jak twierdzili mogą być tam schowane narkotyki. Zdenerwowani, że niczego nie znaleźli, odrzucili kluczyki mojemu koledze tak, że te prawie wpadły do kratki kanalizacyjnej. Moja teoria na ten temat jest taka, że po prostu w szkole ci ludzie byli prześladowani, ktoś wyruchał ich w dupę albo przywiązał do drzewa na dobę i teraz mszczą się w policji, czując się przy tym bezkarni.
Ostatni przykład: kilka dni temu jechałem z jednym z tej dwójki znajomych jego autem i zaparkowaliśmy na parkingu tuż obok policyjnego auta. Siedzieliśmy jakiś czas w tym samochodzie, bo miał do nas dojść jeszcze jeden kolega. Po dziesięciu minutach szanowni panowie w mundurach wrócili do batmobilu i oczywiście nie omieszkali się przypierdolić. Ja rozumiem, że auta to jedna z głównych rzeczy, jakie powinno się kontrolować, by ograniczyć wypadki, ale ich gadka była po prostu zajebista. Dopierdolili się do tego, że kolega nie miał plakietki na szybie i z wyższością oznajmili, że mu odpuszczają, ale brzmiało to tak, jakby co najmniej ich decyzja wynikała z jakieś anielskiej ingerencji. I do tego wszystkiego sprawdzili, „czy jego telefon nie jest kradziony”. No fajnie, tylko że jak trzy miechy temu ukradziono mu Iphone’a, to oni nawet nie ruszyli dupy, żeby choć minimalnie się tym zająć.
O straży miejskiej w ogóle nie chce mi się pisać, ponieważ jej „funkcjonariusze” są jeszcze gorsi – to pasożyty, które były za głupie, by iść do policji, i za słabe, żeby trafić do wojska. Po chuj są – nie mam zielonego pojęcia. Moim zdaniem ich zadania powinny być wypełniane przez niższą szczeblem policję. Straż miejska już nieraz pokazała, że zależy jej tylko na fotoradarowym biznesie, że wbrew prawu (które powinni szanować), biją ludzi i że srają w gacie, kiedy grupka dresiarzy siedzi sobie na ławeczce, więc zajmują się jakimiś losowymi osobami, które już nie mogą się im przeciwstawić. W Internecie jest filmik, na którym uwieczniono, jak straż wiejska przypierdoliła się do kolesia, który grał na Monciaku. Okej, rozumiem, grał bez pozwolenia (chociaż według mnie w takich przypadkach powinno działać prawo publiki, a nie strażników), ale to, co oni odpierdolili, było nie do pomyślenia. Wjechali jednemu kolesiowi na stopę i nawet nie mieli odwagi go przeprosić. Aha, i do ujarzmienia jednego, bardzo groźnego grajka ulicznego potrzebowali kilku radiowozów. Gratulacje. Szkoda, że referendum o odwołaniu tych fiutów nie przyniosło rezultatu. Najbardziej mnie wkurwia właśnie to, że przypierdalają się oni do kompletnych pierdół, jednak w momencie, gdy dochodzi do poważniejszych – oczywiście w skali dla strażników wiejskich – wykroczeń, to udają, że nie widzą, bo im ktoś jeszcze wpierdol spuści.
I chyba tylko w Polsce istnieje tak absurdalna instytucja jak Zarząd Dróg i Zieleni, która często tworzy strefy płatnego parkowania, nie umieszczając o tym nigdzie informacji. Mówię tutaj o ich specjalnych bojówkach, które są upoważnione do dawania mandatów. Radzę naszemu rządowi zezwolić na powołanie innych pomniejszych jednostek jak na przykład Protektorzy Chodników, Obrońcy Słupów i Latarni, Reformatorów Jezior i Stawów oraz Departament Nieposprzątanego Psiego Stolca.
W razie czego, jakby ktoś chciał stwierdzić, że napisałem to, bo pewnie dostałem mandat za złe parkowanie – otóż nie, bowiem nie mam prawa jazdy :D Ale te chuje mnie po prostu wkurwiają. Policja musi funkcjonować, ale niech robi to dobrze.
Komu nigdy nie pomogę?
13 maja, 2014, Autor: SzakalakaZwykle mam tak, że traktuję ludzi tak, jakbym sama chciała być traktowana, bo nie potrzebuję w życiu gnoju. Chociaż zdarzają się wyjątki. Po pierwsze jeżeli ktoś u mnie przegiął pałę to niech spierdala. Po drugie czasem mam tak, że darzę osobę szczerą nienawiścią mimo, że widzę ja pierwszy raz. Ale nie mówię jej prosto w twarz, że jest pierdolcem o IQ kreta siedzącego w rynnie.
Dlatego być może mocno rażą mnie sytuacje, kiedy ktoś postępuje wobec mnie inaczej.
Nigdy nie pomogę:
1. Osobom których interesuje tylko zysk.
95% propozycji jakich otrzymałam w ciągu swego życia była korzysta. Ale tylko dla osoby od której propozycję otrzymałam.
No rozumiem, raz, drugi można pomóc jak jest ktoś w potrzebie, ale kurwa nie przesadzajmy. Wkurw wcześniej, który napisałam jest do tego punktu przykładem. Sąsiedzi potrzebowali pomocy przy dziecku? Spoko, można pomóc, ale nie bez przerwy dzień w dzień.
Najbardziej mnie wkurzają propozycję z którymi spotykam się na dobrze znanym portalu – fejsbuku. Nie ma tygodnia kiedy nie otrzymuję wiadomości z cyklu: „Klikniesz „Lubię to” i udostępnisz?”. No chyba nie. To już podchodzi pod żebranie. Raz nawet z powodu dużej ilości wolnego czasu odpisałam po prostu „Nie.”. Odpowiedź dostałam „Spoko. Łaski mi nie robisz.” Serio? Bo ja chyba myślę, że Ty mi tak. Jak wiem, że coś nie jest korzystne również dla drugiej strony,albo jest wręcz popierdolone to nie składam propozycji.Mogę komuś pomóc, ale pod warunkiem, że nie czuję się wykorzystywana. Nikt nie lubi być dla kogoś tylko kartą kredytową, kawałkiem mięsa albo bazą kontaktów…
2.Niesłownym finansowo.
Nie chodzi mi tu o jakieś interesy. Mam zasadę, że ze znajomymi się nie rozliczam. Ja coś kupię, kiedyś ktoś coś mi kupi i zazwyczaj jeśli coś się na tym traci to nie więcej niż 10 zł. Po tym poznaję, czy ktoś nadaje się na przyjaciela, kumpla. Jeśli ktoś nie czuje takiej potrzeby odwzajemnienia się, to już wiem, że nie warto mu w niczym pomagać, bo po wszystkim nie usłyszy się nawet: „Dzięki, Szaka!”.
Miałam kiedyś znajomą, dawno się nie widziałyśmy, więc poszłyśmy na drinki. Klasyk. Zapłaciłam, pogadałyśmy. Później poszłyśmy dalej i zaszłyśmy po piwo. Ona zapłaciła i zaraz po wyjściu ze sklepu powiedziała:
– Twoje kosztowało 3,40 zł – chuj tam, że drink za który zapłaciłam kosztował pięć razy tyle.
Wyjęłam portfel. Dałam jej kasę, przypomniało mi się, że muszę iść i rozstaliśmy się nieśmiertelnym tekstem, które kończy słabe spotkania: „Zdzwonimy się”.
Podobnie miałam kiedyś znajomego, który za każdym razem kiedy wisiał mi pieniądze, bo zawsze mu na coś brakowało mówił, że odda jutro. Oczywiście nigdy tego nie robił, a „jutro” mija już koło roku.
3. Osobom, które mnie zawiodły.
Tu chyba wszystko jest oczywiste.
4. Roszczeniowcom.
Im wyżej jesteś, tym więcej spotykasz osób, które czegoś od ciebie chcą. Najbardziej irytuje mnie kiedy komuś wydaje się, że może czegokolwiek ode mnie żądać albo uważa, że jest bardzo naturalne, żebym mu w czymś pomogła „bo to przecież tylko kilka minut”. Przecież jest różnica między zwrotem: „Powiedziałabyś mi co o tym myślisz?”, a „Zrób to dla mnie”, prawda?
Była sytuacja, że moja genialna matka ukazała moje szkice kilku osobom. Od razu znalazło się grono, które chciało portrety, albo inne gówna… Nie dostałam ani grosza, ani „dziękuję”, nawet byłam w plecy, bo materiały na swój koszt oczywiście musiałam kupić…
5.Połowie mojej rodziny.
Nie mam tu na myśli matki. Chodzi tu o ciotki. Z nikim sobie tak nerwów nie zszarpałam jak z tymi bestiami. Rozumiem jakieś konflikty rodzinne, bo to norma, ale wpierdalanie się w życie osobiste to już przesada. Nawet gdyby moje sumienie jednak zlitowało się nad nimi, to na końcu i tak wyszłoby, iż jestem najgorsza, więc wolę takim osobom pokazać środkowy palec niż usiąść i wypić herbatę.
6. Osobom, które nie znają granicy.
Nie ma nic gorszego od wpierdalaniem się w cudze sprawy, usprawiedliwiając się tym: „To dla Twojego dobra!”. No chyba kurwa nie. To jest moje życie i może lubię sobie je utrudniać i iść pod górkę? Wkurwia mnie to, że niektórzy nie widzą granicy, której się nie przekracza.
Kilka miesięcy temu była sytuacja dosyć krytyczna w moim życiu. Nie miałam ochoty z nikim się widywać, tylko być sama z czterema ścianami. Oczywiście znajomych informowałam, że to prywatna sprawa i nic im do tego. Niestety w tym gronie znalazła się kurwa, która tego nie rozumiała. Zaczęło się od nawiedzania mnie w domu, aby dowiedzieć się co jest grane (pewnie po to, aby pół miasta o tym wiedziało), a później na swym prywatnym dochodzeniu i domysłach. Oczywiście wszystko było „dla mojego dobra”. Zaczęło się od rozpowiadania i podejrzeń, że jestem wyrzucona ze szkoły, później ciąży, a na końcu, że jestem narkomanką. Sympatycznie prawda? ;)
7. Osobom, które nie potrafią czytać ze zrozumieniem
…a także: wyłapywać dowcipów, sarkazmu, cytatów i koniecznych uogólnień. Nie lubię też osób, które każdy problem rozpatrują emocjonalnie zamiast racjonalnie. Ani tych, które stwierdzą, że coś jest słabe, chociaż nie doczytali albo nie zrozumieli.
Goła dupa = performance
26 kwietnia, 2014, Autor: WigarusTak, wiem, powtarzam się. Zdaję sobie sprawę, iż poruszam temat, o którym już pisałem, ale gdy tylko to zobaczyłem, musiałem coś napisać.
TADAAA kurwa jego mać:
http://kobieta.onet.pl/kontrowersyjny-projekt-artystki-namalowala-obraz-wagina-na-srodku-ulicy/hl4pk
Jeśli ktoś przeczytał ten artykulik, to teraz może kontynuować wkurwa. Krótka piłka z mojej strony: popierdolona kobieta, która ma status artystki, wpycha sobie zabarwione jajka w cipsko i „maluje” nimi obraz (o ile jebnięcie kleksa na płótnie można nazwać malowaniem). Kurwa mać, pierwszy lepszy test Rorschacha ujawniłby lepsze talenty. Mało tego, dzieci w podstawówce zrobiłyby coś o wiele ambitniejszego. Gdybym to ja dla przykładu wyszedł przed dworzec, zdjął spodnie i wysrał się na chodnik, ludzie powiedzieliby, że to wandalizm. Oczywiście podejrzewam, że reakcja większości przechodniów, którzy widzieli ten fenomenalny spektakl, jest podobna do mojej, ale sam fakt, że ktoś w ogóle wpadł na pomysł sfinalizowania tegoż projektu, jest przerażający. Na filmie ewidentnie widać, że kilka osób z zaangażowaniem filmuje ten awangardowy pokaz. Wiecie, to nawet nie chodzi o to, że mnie razi nagość w miejscu publicznym, chociaż to też istotny argument, ponieważ naraża się wtedy dzieci na zobaczenie czegoś, czego nie powinny zobaczyć. Chodzi raczej o fakt, że to pseudosztuka, którą mam traktować zupełnie poważnie. Media nie opiszą tego jako eksces, tylko jako wydarzenie kulturalne. Koleś masturbujący się w przedziale PKP jest już zboczeńcem, a tę kobietę określa się artystką, pomimo że to, co robią, niemal niczym się od siebie nie różni. Chyba że ten sam koleś powie, iż tworzy performance i tak naprawdę poprzez marszczenie freda w pociągu ukazuje ulotność ludzkiego życia. Pociąg i kolejne perony prezentują etapy naszego żywota, lecz przez skupianie się wyłącznie na własnym penisie, który jest alegorią człowieka w ujęciu freudowskim, zatracamy się dla hedonistycznej postawy.
Lubię, kiedy sztuka szokuje albo porusza jakieś tematy tabu, ale kurwa… Jeśli już obieramy sobie taką drogę, to powinna ona dokądś prowadzić, a tutaj mamy po prostu malowanie jajkami z waginy. Przeciętny przechodzeń zwróci na to uwagę właśnie dlatego, że w tej pseudosztuce są cycki i dupa. Dla porównania podam choćby rzeźby greckie, gdzie nagość jest czymś charakterystycznym, jednak rzadko kiedy traktujemy to jako element typowo erotyczny. Tutaj element erotyczny jest tym głównym elementem, który ma przyciągnąć, a sam przekaz… Kurwa, tu istnieje jakiś przekaz? Bo według mnie chodzi o typowo feministyczny bełkot, a przekaz został dołożony po to, żeby środowiska pseudoartystyczne mogły walić sobie konia we własnych pustych, hipsterskich domach kultury. Znaczy, jakbym się wysilił, to bym to zinterpretował na co najmniej cztery sposoby, ale z drugiej strony również mógłbym tak zrobić z pierwszym lepszym pornolem. Wnioskuję, że chodzi o coś związanego z narodzinami i tak dalej, lecz ta kobieta po prostu bardzo chciała robić coś twórczego, ale nic jej nie wychodziło, więc stwierdziła, że skoro tak, to po prostu wzbudzi kontrowersję – wiele sławnych osób idzie w tym kierunku.
Reasumując, niech sobie pseudoartyści urządzają takie ekscesy, ale na prywatnych pokazach. To, że snoby będą im płacić, mnie szczerze jebie – ich kasa, ich sprawa. Ale własnych zboczeń, własnego braku talentu albo innych tego typu rzeczy nie powinno usprawiedliwiać się swoją wizją artystyczną. Serio, chcesz iść na koncert, gdzie palą krzyż albo wkładają sobie kulki analne – twój wybór. O ile to zamknięta impreza. I ogólnie czasem się zastanawiam, czy zamiast tworzyć jakieś zawiłe, pojebane, chuja warte rzeczy tego typu, nie lepiej byłoby po prostu powiedzieć, jaki się ma problem tak, żeby wszyscy zrozumieli.




(oceniano 9 raz(y), średnia ocen: 8,33 na 10)