Wkurwienia w kategorii: ‘Opowiadania’
Narodowy socjalizm i inne duperele.
15 stycznia, 2011, Autor: Wesoły1. Tak, mam piętnaście lat. Jestem kłamcą, a to jest kłamstwo.
2. No k*rwa, używam wulgaryzmów, ale jestem dojrzały psychicznie i społecznie, więc mogę. O zresztą tym później, chociaż, k*rwa nie wiem, czy mi się chciało będzie się.
3. Nie jestem pie*dolonym Narodowym Socjalistą (zwanym dalej 'NS’), nie jestem pie*dolonym Antyfaszystą (zwanym dalej 'Anty’), jestem… źlę, uważam się za znającego historię swojego narodu obywatela, szanującego jego tradycje, słowem: nacjonalistę.
4. 4 brzydkie słowa na 4 zdania, nieźle.
Zaczęło się kilka miesięcy temu, albo nawet rok, kiedy poszedłem do szkoły muzycznej. Wiecie, nutkisrutki, metrum, rwanie strun, wymiana strun, etc. Potem mała zmiana imidżu (moje skrzywienie, może ktoś zrozumie), wiecie – tu na czarno, tam glany +10 do prestiżu, małe przestawienie na kapele „patriotyczne”, potem odkrycie POLSKICH, K*RWA ZESPOŁÓW NEONAZISTOWSKICH, FASZYSTOWSKICH. Przykłady? Agressiva 88, Konkwista 88, Potop 318, Tormentia, Honor, Szwadron 97. Grają fajnie i to jest najgorsze, bo przyjdzie jeden z drugim, przesłuchają, wpadnie im w ucho i co? Od razu sprejują swastyki, drą mordy „White Power! Jebać Żydów! Heil!” Tego dnia zaliczyłem nieziemieskiego megawkurwa. Poczytałem w necie, wku*wiłem się jeszcze ze dwa razy i poszedłem spać.
J*ebany los chciał, że następnego dnia spotkałem takiego idiotę w czerwonej koszulce ze swastyką. Kretyn. Nie wiem jak udało mu się przejść przez główną ulicę w Bydgoszczy i go policja nie zgarnęła. Dwa lata dostałby bez problemu. Myślałem, że chooy mnie strzeli jak nic! No k*rwa, Polak! Ja pie*dolę! Zrozumiałbym rasizm, no antysemityzm też, zwykłą j*ebaną wiarę w białą rasę, ALE K*RWA NIGDY NIE ZROZUMIEM BEZPOŚREDNIEGO ODWOŁYWANIA SIĘ DO IDEOLOGII NAZISTOWSKIEJ! Myślę sobie: „Podejdę, zagadam, postaram się zrozumieć tego debila i coś mu wytłumaczyć”, a przypominam, że lat mam piętnaście (tak, to znowu kłamstwo), a ten niemyty k*tas wyglądał gdzieś na osiemnaście, więc do pierdla by poszedł.
– Ej, człowieku. – rzekłem.
– Hę? – odezwał się, chyba wyrwany z jakichś refleksji.
– Ogarnij się z tym gammadionem (trochę fachowej lektury, wikipedii i byłem w temacie).
– O, widzę, że swój. Chodź, młody, pogadamy.
– Człowieku, nie obrażaj mnie tak, brzydzę się takimi jak ty. Wiem, że sam nie rozumiesz o co chodzi z Żydkami i Hitlerem.
– Ty lewaku! Spie*dalaj mi stąd! (Oj, tutaj się przyznam, że lekko speniałem)
W ciągu sekundy napiąłęm wszystkie mięśnie i przybrałem postawę bojową.
– Dla dobra twojego i tego narodu, zdejmij to gówno.
– Powiedziałem spierdalaj!
I 'ups’, okazało się, że kilkanaście metrów dalej zbliżają się jego posiłki. Te ciule zawsze napie*dalają w czterdziestu na jednego. Wycofałem się szybko z obawy przed miażdzącymi argumentami.
Teraz krótkie megawk*rwiające mnie podsumowanie. Sam jestem młody, głupi i chłonę każdą informację jak gąbka, ale wiem, że nazizm to nie jest dobry kierunek do odbudowy Rzeczypospolitej. I jeszcze jedno: napisałem to, żeby wszystko sobie ułożyć i dodać to gówno na megawkurwa, mam nadzieję, że Admin nie jest z Antify, ani z lewackiego NS.
PS. Jak się tym gównem nie zmęczyliście, to w następnym odcinku powk*rwiam się na nauczycielkę języka polskiego. To będzie dopiero Wkurw!
PS2. Rozkręcam się. Radocha aż miło.
PS3. Dodam jeszcze, że mam bujną wyobraźnię.
PS4. Kilka godzin temu obejrzałem masakryczny filmik o rosyjskich nazi. Jeszcze się nie otrząsnąłem.
Wesoły.
Jezus i stolarz
3 października, 2010, Autor: BergamoPewnego razu szedł se Jezus przez miasto, przez nie swoją dzielnię. Wtem patrzy, a z pobliskiej bramy wytacza się jakaś spora ekipa. Niewiele myśląc spierdolił za drzwi najbliższego sklepu. Okazało się, że to zakład stolarski. Z zaplecza wyszedł facet i pyta:
– Czym mogę służyć?
– yy.. interesują mnie deski – odpowiedział Jezus zerkając przez witrynę, czy ekipa już sobie poszła, ale wzięli stanęli chuje pod sklepem.
– A jakie konkretnie deski?
– No może na przykład taka – brnął dalej Jezus; fefrając się wyjść na ulicę wskazał ręką najbliższy kawałek drewna – ile taka deska kosztuje?
– Jedna?
– No na początek może jedna…
– Jedną to mogę panu za darmo dać! – sapnął stolarz zniecierpliwiony pipowatym klientem.
– O, naprawdę? – zainteresował się Jezus – to chętnie! A mogę jeszcze jedną?
– Za darmo?
– No jak już pan rozdaje…
– Masz pan tu jeszcze taką krótszą, z odpadów, a nawet gwoździe, a teraz won mi ze sklepu sępie!
Jezusowi nie pozostało nic innego, jak opuścić lokal.
Gdy zatrzasnęły się za nim drzwi, stolarz zaklął szpetnie:
– No ty pazerny Żydzie! Mogłeś mieć ekstra boazerię, a tak to ci chłopcy zrobią na ulicy latawiec!
Kobiety? Dlaczego?
21 sierpnia, 2010, Autor: TomashWitam. Na wstępie chcę zauważyć że w poniższym tekście używam sformułowania WIĘKSZOŚĆ a nie wszystkie. Wyjątki są cudami natury przed którymi mogę bić pokłony. No to do rzeczy.
Dlaczego większość kobiet jest tak zjebanymi kierowcami? Co decyduje o tym fakcie że jest tak a nie inaczej? Dziś jadąc w trasę do Luzina, jadę sobie w najlepsze a tu mi z podporządkowanej jakaś idiotka VW Polo wyjeżdża prosto pod koła. Więc ja hamuję i staram się objechać, a ona tępa pizda GAPI SIĘ NA MNIE i dalej jedzie przed siebie prosto w mój samochód. Pytam się Was teraz, GDZIE ONA KURWA MA OCZY? Czy dla kobiety znak „ustąp pierwszeństwa” to odwrócony trójkąt = męska toaleta czy jak? Bo jak można wyjeżdżając z parkingu nie widzieć jebanego samochodu, jeszcze wieczorem kiedy światła jebią po oczach? Dlaczego kobiety tak często odpierdalają dziwne numery na drodze? Dlaczego przy ograniczeniu do 50 jadą 30? Dlaczego ciągle najeżdżają na krawężniki? Dlaczego na środku skrzyżowania, skręcając w prawo na strzałce, zatrzymują się NAGLE w miejscu, a gdy jadący za nimi zapyta się DLACZEGO? to słyszy „bo ja się wystraszyłam” lub coś równie niedorzecznego? Dlaczego skręcając na strzałce, mając osobny pas dla włączających się do ruchu, stoją na tym jebanym skrzyżowaniu czekając na przerwę w samochodach? Dlaczego skręcając w jakąkolwiek boczną uliczkę, robią to hamując z piskiem opon i nawet nie włączając kierunkowskazu, lub w przypływie weny włączają kierunek w połowie zakrętu? Dlaczego parkują w najbardziej niedorzecznych miejscach jakie można sobie wyobrazić? I wreszcie dlaczego a wręcz jakim prawem wydaje im się że WSZYSTKO JEST OK??!! mało tego, niektóre mają się za dobrych kierowców bo nie miały jeszcze wypadku! (bo mądrzy faceci woleli ryzykować własne życie niż najnormalniej takiej łamiącej przepisy babie przypierdolić zderzakiem). Przecież to woła o pomstę do nieba! Mało tego, na własne oczy widziałem babkę która zaparkowała na chodniku w jedynym miejscu gdzie nie było słupków. Zaczepił ją policjant i pyta „CO PANI ZROBIŁA?” ona na to „ale ja tylko na chwileczkę do sklepu!” na co policjant „ALE STANĘŁA PANI KURWA NA PRZEJŚCIU DLA PIESZYCH!!!” – „no ale ja na prawdę tylko na chwileczkę!” Albo drugi przykład, jedziemy z koleżanką samochodem, do mnie do domu jest na skrzyżowaniu w lewo, a ona zatrzymuje się przed skrzyżowaniem i pyta czy się stamtąd nie przejdziemy… pytam dlaczego? – „Bo ja się boję skręcać w lewo” !!! No kurwa paranoja! Oczywiście są i dobrzy kobiecy kierowcy, ale tych mogę policzyć na palcach jednej dłoni.
Na koniec ostatnie pytanie, jak to jest że zawsze jak widzę/słyszę rozpadający się samochód, klekoczące zawory, oberwane zderzaki czy huczący tłumik, ogólnie samochody rozlatujące się na amen, w 90% przypadków jeżdża nimi kobiety? Czy Wy nie słyszycie/czujecie że samochód zaraz się rozpadnie?
Ja nie wiem co mam powiedzieć. Bo n.p. kursantka na prawo jazdy, która rzekła ” Ale proszę pana, to ja skręcając mam przyhamować, nacisnąć sprzęgło, zmienić bieg, włączyć kierunkowskaz i jeszcze rozejrzeć się naokoło? Przecież nie da się zrobić tylu rzeczy na raz!” albo „Teraz skręci Pani w lewo…” – „a w którą to stronę?”. I wreszcie baby którym notorycznie gaśnie samochód, albo które przez cały czas trwania zielonego światła na krzyżówce grzebią w torebce szukając chuj wie czego… Przecież jedyne co przychodzi do głowy to „no kuuuurwa nooooo!!!”
Tym oto radosnym aspektem żegnam się, jeśli jakąś panią uraziłem, przepraszam ale może czas zastanowić się nad sobą? Znowu chciałem skrobnąć parę linijek a wyszedł referat…
Drogawe dziury..
19 sierpnia, 2010, Autor: TomashWstałem dziś rano, zasiadłem do swojego 20 letniego bolidu i ruszyłem jak co dzień do pracy. Jak zwykle mijając potężne kałuże powstałe w wyniku zapchania studzienek odpływowych. Dotarłem na miejsce iii…. no właśnie. Mimo monotonii brzmienia, taki byle scenariusz pozostaje jedynie marzeniem. Prawda jest zupełnie inna.
Wstaję, biegiem wyszykowałem się i lecę do pracy. Wsiadam do samochodu, panel od radia nie zdjęty=wzmak rozładował akumulator. Modlę się by zapalił… dupa. Nawet rozrusznikiem nie obróci. No nic. Dzięki Bogu i partii mieszkam na górce. Na pych odpali na pewno. Zepchnąłem byka z podjazdu i jadę w dół… raz-zgasł. Dwa-zgasł. Trzy-obrócił parę razy i ponownie cisza. Górka się skończyła i stanąłem przy głównej drodze. Na szczęście po drugiej stronie jest znowu z górki. Wysiadam z myślą o pchaniu… Prosto w kałużę, a właściwie nie kałużę a małe jebane jezioro na całą szerokość drogi i tak głębokie że but zniknął pod lustrem wody. Kurwa! buty mokre, akumulator martwy ale chuj, klient czeka trzeba jechać. Wysiadam więc i brodząc w tym jebiącym jeziorze pcham samochód dalej. Przede mną główna droga, jak wypchnę byka pod samochód będzie kraksa… Samochodów jedzie w pizdu. Żaden jednakże cholerny sukinsyn nie zatrzyma się żeby pomóc odpalić. A ja nawet mam kable w bagażniku. Więc tak sobie jadą i jadą i jadą a ja kurwa stoję w tej pieprzonej kałuży, pada kurwa deszcz i ogólnie jest zjebanie. Chwilka bez samochodów więc pcham dalej… Przepchnąłem główną, wskakuję do samochodu, bieg, puszczam sprzęgło iii stanął. Bo kurwa nie włączyłem zapłonu. No nic to, jeszcze kawałek z górki. Włączam zapłon, odpycham, ok. odpalił. Bogu dzięki. Tak oto mokry, wkurwiony, spocony jak świnia i styrany jadę aż tu nagle telefon „Przepraszam ale mam ważne spotkanie i spóźnię się godzinkę…” Nosz do kurwy nędzy! Mokre buty, wysiłek godny Syzyfa tylko po to by się dowiedzieć że mam godzinę kwitnąć i czekać. Myślę nad powrotem do domu i przebraniem się… odpada. Samochód musi się podładować a otwartego na chodzie nie zostawię. Jadę zatem sobie przed siebie, przejeżdżam kałuże, jedną, druga aż tu nagle JEB! całe koło wpada. No do k**** j****** w d*** p********** cholery! Wysiadam, znowu jezioro a koło w dziurze. Na szczęście zawieszenie i opona cała. Myślę zatem co dalej. A w dupie będzie co będzie. Wsiadam i zaczynam „bujać” przód, tył, przód.. Ok wyskoczyłem. No to jazda dalej. Dojeżdżam do granic Gdyni i tu się zaczęło. Cały Sopot, remonty remonty remonty. Chujowo się tak jedzie ale co zrobić. Już nie mówię że jechałem chyba trzy na godzinę w sznurku cholernych idiotów którzy z powodu remontu jechali w tempie martwego ślimaka… Tak oto po 40! minutach docieram do granic Gdańska. No i się zaczęło. Trzęsie, dziura na dziurze…. Niby główna arteria miasta a taki rozpierdol jakbym furmanką jechał przez zaorane pole buraków, na kwadratowych kołach i z pijanym koniem… Myślę sobie, pojadę bocznymi uliczkami… Nic bardziej błędnego. Skręcam w prawo a tu NIE MA ASFALTU!, nie ma kostki, nie ma drogi! Jest jebane NIC! jakiś piach, tłuczony beton i inne gówno. Uciekłem czym prędzej na główną i jakoś dojechałem na miejsce. Powrotu nie opiszę, mogę tylko napisać że ilość epitetów wywrzeszczanych przed kierownicą w kierunku innych kierowców, policji, drogowców i całej reszty wywołała fakt że włączyłem wycieraczki myśląc że to deszcz a to piana wściekłości którą zaplułem przednią szybę… Na szczęście opuściłem Gdańsk. Następny przystanek Wejherowo. Jadę zatem i stukam te kilometry. Radyjko gra jakiś Daft Punk i ogólnie humor powoli mi się poprawił. Dojeżdżam do Wejherowa. Ponownie zakorkowana główna arteria skłania mnie do jazdy równoległą drogą między blokami. Zatem jadę, gładko jak po aksamitnej panience, mimo że mokro mam 60 na budziku i jest fajnie… aż tu naglę… NIE MA DROGI! asfalt nagle się urywa i dalej leci piaskowa droga z pół metrowymi pełnymi wody dziurami. Hamowanie nic nie dało. Wpadłem w te dziury z hukiem zdolnym przerazić martwego… Wysiadam, zaglądam pod samochód… Naderwane mocowanie wachacza, wgnieciona felga… Kurwa zajebiście! Na szczęście w bagażniku młotek więc dwa strzały jako tako prostują felgę – dzięki Bogu żałowałem na alusy. Dojechałem na miejsce. Sprawy załatwione… Wracam do domu.
Chciałbym powiedzieć że bez przygód ale co tam. Marzenie… Jadę oczywiście slalom gigant między kałużami i dziurami zdolnymi pozbawić koła TIR’a, z naprzeciwka przycina jakiś idiota z przyczepką. Oczywiście jak na idiotę przystało, jedzie środkiem i ani myśli zjechać z drogi. Żeby nie kasować samochodu uskoczyłem nie patrząc na drogę i wpadłem w kolosalną dziurę.. Felga znowu załatwiona ale chuj z felgą. Opona pęknięta i powietrze zapierdala… Powoli ale jednak. W dupie z wulkanizacją, dojechałem do domu co 5min stając by dopompować oponę (mam taki śmieszny kompresorek do gniazda zapalniczki). Postawiłem samochód przed domem, wchodzę do środka, siadam przed kompem iiii,,, net nie działa. TP-sa znowu dała dupy. Poszedłem więc spać.
Morał historii jest prosty i roztropny. W polsce bida, dróg ni ma a skoro drogi jak pola, zasiejmy na nich żyto. Będzie na dobre piwo bo jeździć to się po tym za chuja nie da.
Pozdrawiam.




(oceniano 13 raz(y), średnia ocen: 8,69 na 10)