Wkurwienia w kategorii: ‘Ludzie’
Czteropak wkurwienia
27 czerwca, 2013, Autor: WigarusDzisiaj 4 w 1. Przed każdym wkurwem warto wypić jednego browara ;)
1. Pewnego razu jechałem na smutną uczelnię. Oczywiście znienawidzoną SKM-ką. Zawsze uważałem, iż nazwa firmy powinna brzmieć adekwatnie do świadczonych przez nią usług. W tym przypadku sprawy się komplikują, ponieważ pociągi strasznie się wloką, a tory są remontowane, odkąd zaczął się pierwszy semestr, czyli od 1 października. Jak już coś naprawią, to okazuje się, że peron dalej coś się spierdoliło, i tak w kółko. Ponoć chcą za jakieś dwa lata zakupić ten mega szybki pociąg Pendolino, ale ja już chyba wiem, jak to będzie wyglądać: to będzie ładnie wyglądający produkt, ale nie uda mu się osiągnąć zamierzonych prędkości z powodu zjebanych torów. Czyli w sumie tak, jakbym chciał wyjebać poza orbitę ziemską Tupolewem. Jeszcze przedtem czekam sobie na peronie, a tam informacja, że do do pociągu w kierunku Gdańska zostały jakieś 3 minuty. Uznałem po 5 minutach, że mój zegarek chyba zapierdala, bo według tablicy minęła dopiero minuta. Chyba stałem w jakiejś innej strefie czasowej. No ale chuj, wreszcie przyjechał. W pociągach SKM wręcz legendarne są tak zwane przedziały rowerowe. Bardzo często rzeczywiście znajdziesz tam jakiś rower albo nawet dwa, ale jeszcze częściej napotkasz tam dresiki i żulostwo, które nie dość, że śmierdzi i wygląda, jakby miało ochotę ci napierdolić, to jeszcze uważa się za pierdolonych panów świata. Kontrolerzy chuja im zrobią – jak wystawią mandat, to jeden z takich czcigodnych pasażerów pokaże im, że dwa mandaty już dostał i ma to kompletnie w dupie. Jeden wypowie magiczną formułkę: „Nie mam biletu, nie mam dokumentów, nic mi nie zrobicie” i spokojnie wychodzi sobie na peron. Konsekwencje? Zero. Inny stwierdzi, że nie obchodzi go znak zakazu palenia w przedziale i po prostu jara peta pełen dumy ze swej wyższości. Panowie z Renomy (kontrolerzy) też nie lepsi. Bilet na SKM można nabyć w różnych wersjach, a to jako zwykły bilet, a to jako kwit, a to jako wersja nabita na kartę miejską albo na przykład legitymację studencką. Za każdym razem, kiedy panowie z Renomy wchodzą i jeden z nich bez jakiegokolwiek czytnika prosi mnie o okazanie biletu, mam ochotę się zaśmiać. Koleś popatrzy tępym wzrokiem na mój elektroniczny bilet miesięczny i sobie pójdzie. Kurwa, chyba ma laser w oczach. Zwykle sprawdzają niedbale te bilety, bo na przykład przy metropolitarnym za 110 złotych musisz mieć jeszcze podbitą legitkę upoważniającą do ulgi. W zwykłe dni niemal żaden z tych miłych panów nie zwraca na to uwagi, lecz w takie dni jak np. początek roku szkolnego, początek roku akademickiego czy w kilka dni przed Bożym Narodzeniem nagle brak podbitej legitymacji zaczyna być bardzo, bardzo ważny. Biznes jakoś się toczy, co nie? Kilka dni temu usłyszałem w wiadomościach o wypadku, w którym z pociągu wypadło dziecko. Mamusia i tatuś najebani jechali przedziałem (a jakże!) rowerowym, a drzwi były otwarte. Bardzo rozśmieszyło mnie pełne emocji pytanie pana dziennikarza „Gdzie była obsługa pociągu?”. Kurwa, ja jeżdżę permanentnie pociągiem od października i jeszcze nigdy nie widziałem, żeby po przedziałach chodził ktoś taki jak obsługa pociągu. Owszem, czasami wejdzie jakieś Security, ale oni też chuja robią i zwykle wysiadają na następnym peronie. Jeśli już miałbym szukać obsługi pociągu, to tylko w miejscu, gdzie siedzi konduktor, tam jest typek od mówienia „Odjazd”. No i jeszcze ci, co sprzedają bilety. Poza tym nikogo innego nie miałem przyjemności spotkać. A nawet zakładając, że taka obsługa by funkcjonowała, to przecież niektóre wagony nie mają przejść pomiędzy sobą. Kible w pociągach to sprawa równie skomplikowana – wiesz, że istnieją, jednak nie da się do większości z nich dostać. W sumie mało kto próbuje się do nich dostać ze względu na – ujmijmy to łagodnie – niezbyt higieniczny wygląd. Właściwie to się powinno nazywać dziura z gównem. Zakochane parki, apel do was: jeżeli cykacie sobie romantyczne fotki na torach, to pamiętajcie, że być może kilka dni temu, być może kilka miesięcy temu, być może nawet wczoraj ktoś oddawał się aktowi wypróżnienia i ten fragment torów, na którym teraz się znajdujecie, mógł paść tego wypróżniania ofiarą. A to według mnie jest straszniejsze niż upiory i strzygi. Jeszcze jedno: ostatnio czytałem o tym, że w życie ma wejść prawo zakazujące osobom, które śmierdzą, podróżowania pociągiem, ale i nie tylko: także tramwajem i autobusem. Moim zdaniem to dobra inicjatywa, choć trudna do rozpisania jako konkretne prawo. Jedni po prostu spocą się, bo będzie tłok, a inni będą capić, bo zapomnieli o mydle. W jednej gazecie czytałem komentarze co do tego mającego niby powstać przepisu, gdzie część ludzi zgadza się z uchwaleniem takiego prawa, ale pewna część również jest przeciwna. Niezmiernie śmieszy mnie ta przeciwna strona, a raczej jej argumenty. Jakiś internauta powiedział, że to burzy ideę tolerancji. Dobre, kurwa… Mój drogi światły człowieku, tolerancja jest wtedy, kiedy różne warstwy społeczne, seksualne czy zawodowe, mimo że nie do końca się rozumieją, wzajemnie akceptują swoją egzystencję bez czynienia szkody pozostałym warstwom. Wielu pasażerów, czy to studentów, czy pracowników, którzy wracają z pracy spierdoleni jak koń po westernie, chce godnie przyjąć ten syf, którym podróżują. I nie dość, że część wagonów śmierdzi moczem i szlugami, to jeszcze jakiś niemyty żul niszczy nam tę strefę prywatności swoim smrodem. Tak samo, jak wkurwia mnie, że Świadkowie Jehowi pukają mi do drzwi, choć ich nie zapraszałem, tak samo wkurwia mnie też to, że nie zapraszałem twojego smrodu do mojej przestrzeni. Drugi internauta stwierdził, że nie możemy tak napierdalać na śmierdzących bezdomnych, bo nikt nie zapewnił im miejsca, gdzie mogliby się umyć. Przyczyny utraty domu są najróżniejsze, nie zawsze sprawiedliwe, jednak tego typu argument mogę wystosować do każdej rzeczy. „Sorry, że ukradłem ten telewizor, ale nikt nie zapewnił mi godnej pracy, która dałaby mi możliwość jego kupna”. „Przepraszam, że zjadłem tamtego człowieka, ale nikt z lekarzy psychiatrów nie zainteresował się moim przypadkiem, więc jestem niewinny”.
2. Inna sprawa, że podwyższają mi piętro w moim domu. Piętro te dotąd służyło jako strych i pewnie przez kilka lat nadal będzie strychem, ale mam przyszłościowy plan, by przekształcić je w swój pokój. No i wiecie, należało zdjąć dach. Problem był taki, że ekipa się tym zajmująca nie dopilnowała, aby zabezpieczyć to miejsce, więc jednym słowem na suficie dwóch pokoi pod piętrem pojawiły się mokre plamy. Cały tydzień ma rzekomo padać, więc ogólnie słaba sytuacja. Przydałyby się jakieś plandeki do zabezpieczenia, ale chuj – oni uznali, że folia to najlepsze rozwiązanie. Wkurwia mnie to, że przy każdym deszczu muszę popierdalać z miejsca na miejsce, żeby wypatrywać, czy nie podłożyć gdzieś wiadra. A nic nie zapowiada, żeby z tą robotą uporano się do końca lipca, bo pracują nad tym 3 (słownie: trzy) osoby. Kurwa… Chyba czas zbudować arkę, żeby nie utonąć we własnym domu. Albo przynajmniej założę sobie jakiś kapok. Pamiętam, że 10 lat temu, kiedy byłem smarkaczem, tynkowano mi dom i do samego tynkowania zebrano około dziesięcioosobową ekipę. Ta robota to większe i poważniejsze gówno, więc 3 osoby to zbyt mało, ale co ja się tam, kurwa, znam.
3. Niesamowicie wkurwiają mnie te wszystkie fejsbukowe stronki typu „Spotted: Liceum nr X w Y”, „Spotted: Stacja SKM”, „Spotted: Złomowisko w Chwaszczynie”. Kurwa… Ogólnie strony te moim jakże skromnym zdaniem przeznaczone są dla pizd i ciot, które naoglądały się zbyt wielu komedii romantycznych i melodramatów. Człowieku, piszesz do dziewczyny, która stała na drugim końcu peronu, której nie znasz i która być może właśnie wyjeżdżała z twojego chujowego miasta, i do tego uważasz, że gdy napiszesz, że nosiła czerwoną bluzkę i durszlak na głowie, to wszyscy zrozumieją, o kogo dokładnie chodzi? Myślisz, że ona specjalnie wejdzie na tę chujową stronkę, żeby zobaczyć, czy ktoś taki jak ty do niej napisał? Ja pierdolę… Szansa na to, że stanie się tak, jak mówię, jest mniejsza niż wygrana w totka. Ale najbardziej w tym wszystkim denerwuje mnie wirtualizacja tak poważnych rzeczy jak miłość czy etyka. Seks wchodzi w sferę wirtualną – teraz każda tępa i głęboka w gardle dziwka może założyć sobie profil na kamerkach i trzepać hajs (w sumie nie tylko hajs, ale też coś innego…), o jakim przeciętnemu człowiekowi nawet się nie śniło. Niektórzy z moich znajomych się śmieją, mówiąc: „O, patrz, jakaś laska pokazała cycki za 6 złotych”. Tak, to jest śmieszne, lecz także smutne, bo z tych 6 złotych w ciągu 2 godzin może zrobić się nawet 300 złotych, a to jest już dniówka dla większości Polaków nieosiągalna. Czy każda z tych lasek jest kurwą? Prywatnie, poza kamerkami, pewnie nie, ale na stronie, dzięki której zarabia, już tak. Wirtualne nawet są już znicze na grobach. Ja rozumiem – fajnie pogadać ze znajomym, który mieszka gdzieś daleko albo wejść na forum, zadać pytanie i uzyskać na nie odpowiedź. Lecz większość rzeczy chyba nie idzie w odpowiednim kierunku. Wiele znam przypadków, kiedy dziewczyna zrywa z chłopakiem przez sms-a albo Facebooka. Kurwa, jak dla mnie taki związek nigdy nie istniał, skoro o ważnych sprawach mówi się pod internetową maską, a nie w cztery oczy.
4. Ludzie dziwią się, że czytam książki. Nie mogą pojąć, dlaczego to robię, skoro roku szkolnego czy akademickiego już nie ma. Zaczynam się obawiać. Zaczynam się martwić o społeczeństwo, dla którego najwyraźniej czytanie książek stało się strasznie skomplikowane i męczące. Wszyscy oglądają filmy, słuchają muzyki, ale o książkach zapominają, a przecież to nie znowu taka kultura elitarna. Może to wynika ze szkoły – lektury zwykle były, jakie były, choć zdarzały się perełki. Może stąd właśnie ta awersja do czytania. Mnie z kolei czytanie nie nudzi. Nudzą mnie za to kolejne telenowele, gdzie główni bohaterowie grani przez słodziachnego Mroczka i jego klona idą przez 3 odcinki po schodach, żeby zjeść kotleta. Nudzi mnie wielka podnieta mediów, bo Polska rozwaliła San Marino w piłce nożnej. Nudzi mnie, że dla niektórych czytanie książek świadczy o byciu podczłowiekiem. Nie uważam, żeby czytanie czyniło mnie nadczłowiekiem, ale kilka lat temu uznawałem to po prostu za normalną cechę. Za 100 lat pozostaną nam tylko historie obrazkowe i historia zatoczy koło, bo niczym nie będziemy się już różnić od jaskiniowców. Wyobraźcie sobie zdziwienie ludzi, którym mówię, że od ponad kilku lat pisze różnorakie opowiadania, czy to na konkursy, czy tak dla siebie. Od razu pada: „Chce ci się?”. Nie, kurwa, po prostu smagają mnie batami jak pierdolonego niewolnika w kolumbijskiej manufakturze i dlatego piszę. To mi wychodzi, więc to właśnie robię – na razie nie mam z tego żadnego hajsu, ale wszystko może się zdarzyć. Dlatego wkurwia mnie, że zerowe czytelnictwo staje się jakąś nową modą, godną pochwały ze strony gimbusów czy innych ynteligentów.
Marność nad marnościami…
23 czerwca, 2013, Autor: WigarusTo będzie nieco przydługa historyjka, bardzo wielowątkowa i niespójna, ale nic na to nie poradzę.
Niedawno w rodzinie miałem 2 pogrzeby – to znaczy, piszę o tym jako o fakcie dokonanym, ponieważ w chwili, kiedy te słowa pojawiają się na monitorze, jestem dopiero po pierwszym pogrzebie, a nie wiem, kiedy ten wkurw ostatecznie się pojawi. W każdym razie dwóch denatów zaszkodziło sobie samym i nie chodzi o to, że nie mam dla nich współczucia, ponieważ jakby nie patrzeć to jednak była rodzina, ale chodzi raczej o to, że dzisiaj – gdyby chwilę pomyśleli – mogliby sobie spokojnie żyć, a nie skończyć w taki sposób. Załóżmy, że pierwszy z nich nosi imię Jan, a drugi Janusz.
Na pogrzebie Jana przeżyłem deja vu – już kiedyś do czegoś takiego doszło. Mój wuj, który zmarł kilka lat temu, nagminnie pił alkohol i to właśnie ten zdradziecki płyn go wykończył, a konkretniej niska temperatura, bo zgon nastąpił w zimie. Jan skończył tak samo, a nawet gorzej, bo był początek czerwca. Jan to był człowiek, któremu nie dało się już w żaden sposób pomóc – był alkoholikiem i rozwodnikiem i to właśnie pod wpływem alkoholu miał niemałe jazdy, podczas których wygrażał, że policzy się z tym lub tamtym. Kolo miał spore gospodarstwo i mógłby trzepać na nim grubą kasę, gdyby oczywiście umiał, ale że alkohol wygrywał walkę z jego mózgiem, stało się inaczej. Jak skończył swój żywot? Na rodzinnej imprezie. Mnie nie było przy tym osobiście, bo wyruszyłem później z kuzynem na ognisko i wróciliśmy dopiero po północy lekko wstawieni, więc wolałem nie pokazywać się reszcie towarzystwa, tylko od razu poszedłem na górę. Ponoć Jan napierdalał całe szklanki (kurwa) wódki i wszystko to pił duszkiem. W końcu tak się nawalił, że trzeba było go odwieźć do domu. Pojechały z nim 2 osoby plus jedna trzeźwa, która prowadziła wóz. Jan nie mieszkał daleko, na oko siedem kilometrów od miejsca imprezy. No i następnego dnia telefon – już wtedy, kiedy siedziałem w domu: „Jan nie żyje, znaleźli go martwego w domu”. Przyczyna? Alkohol, a konkretniej wylew. Cóż… to właściwie jest kamień milowy do reszty wydarzeń, do których jeszcze nie doszło, ale do których pewnie dojdzie. Zacznie się bezpardonowa walka o to gospodarstwo, bo według wcześniej zawartych umów miało zostać ono podzielone pomiędzy najbliższych krewnych Jana, ale złożyło się tak, że jedna z osób prawdopodobnie chce zagarnąć je całkowicie dla siebie. Mówię „prawdopodobnie”, gdyż ogólne rozmowy na ten temat plączą się i wzajemnie wykluczają, zresztą – ja i tak jestem siostrzeńcem Jana i raczej niczego bym nie dostał, w sumie kładę na to chuja. Ja mam dobre kontakty z własnym kuzynostwem, no może nie z większością, ale z tymi, których naprawdę lubię. Czarny scenariusz, który przewiduję, zapowiada, iż nasi wszyscy rodzice – już w sumie częściowo skłóceni – zaczną robić jakieś układy, kłócić się jeszcze bardziej, a w efekcie kontakty zostaną w 90% zerwane. Może się mylę – chciałbym się mylić, jednak już raz rodzina od strony drugiego mojego rodzica pokłóciła się o podobną sprawę, nie ziemię, lecz w każdym razie chodziło o kasę. Abstrakcyjne, cuchnące papierki ze starymi mordami, w stosunku do których człowiek ubzdurał sobie, że coś znaczą. A jednak kasa przyciąga nawet mnie i trochę zaczynam się bać, bo staję się powoli taki sam, choć próbuję z tym walczyć. Jan miał plany, ambicje pewnie też, ale wódka przyćmiła to wszystko i szczerze mówiąc też się spodziewałem, że nadejdzie dla niego smutny kres i ten kres będzie miał związek z alkoholem. Człowiek się uśmiecha do innych ludzi, nazywa ich rodziną, a tu nagle pojawia się okazja na zdobycie forsy i taki człowiek w jednej chwili jest gotów ich wszystkich wychujać i zgarnąć wszystko dla siebie, mimo że inne strony, które teraz rypie w dupę, coś dla niego zrobiły, bardzo często wiele rzeczy.
Teraz Janusz… Kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie – to przysłowie w tym przypadku się sprawdziło. Powiedzmy, że Janusz nie działał we własnych interesach do końca legalnie… No dobra, kurwa, był złodziejem – nazwijmy rzecz po imieniu, eufemizmy nie są nam potrzebne. Wiecie, rodziny się nie wybiera. Koleś kilka razy siedział, miał rodzinę i to dosyć sporą, ale co z tego, skoro ich też sprowadzał na złą drogę. Potem przeprowadził się do innego kraju, nie powiem jakiego – to nie jest aż tak istotne. Janusz również odbył tam karę, ale dosyć szybko wyszedł. Jak pewnie się domyślacie, to nie poskromiło jego apetytu na kolejne kradzieże. Wziął wspólnika, obrał odpowiedni cel i postanowił ten cel okraść. Ale była tam osoba, która nieco przerosła 2 złodziejaszków, toteż musieli równo spierdalać. Ten młodszy uciekł w jedną stronę, Janusz natomiast w drugą, ale miał pecha, bo był starszy i ten, co ich gonił, stwierdził, że jest łatwiejszy do złapania. W końcu zdesperowany Janusz rzucił się do wody, licząc, że ją przepłynie – niestety nie przepłynął. Umiał pływać, ale pewnie uderzył głową o jakieś skały i tak skończyła się jego przygoda. Co mnie najbardziej wkurwia? 2 rzeczy. Po pierwsze: jego występek dał obcokrajowcom kolejny powód, aby uważać Polaków za społecznych szkodników. Po drugie: on ma takie samo nazwisko jak ja. Wkurwia mnie to, bo może kiedyś ktoś go ze mną skojarzy i uzna, że jestem taki sam. Z jednej strony mam w to wyjebane, z drugiej to jednak słaba sytuacja.
Inna sprawa, już niezwiązana z pogrzebami: życie na wsi. Wielu chciałoby tu mieszkać, no bo świeże powietrze, piękne widoki, cisza… OK, zgadzam się, to są ewidentne plusy, jednakże nie można też zapominać o minusach. Sprawa ta łączy się z Janem. Rumor, plotki i inne chujstwo – to jest domena wsi. Nieważne, jakie są fakty, mieszkańcy wiedzą lepiej. Koleś najebany tak, że słowa nie potrafi powiedzieć, ale co z tego? Wieś wie, że się powiesił, chociaż to nie jest, kurwa, możliwe. Wieś wie, że ktoś go zadźgał, chociaż według patologów tak nie było. Wieś wie lepiej. Tu, gdzie mieszkam, jeszcze jest OK, bo jesteśmy bardziej zurbanizowani, ale bywają wsie, gdzie czas się zatrzymał i od lat 90. do 2013 praktycznie nic się tutaj nie zmieniło. Idziesz przez ulicę i jeśli uważnie przyjrzysz się co drugiemu domostwu, zobaczysz latające na boki zasłony. Ludzie boją się wyjść, ale wiedzą wszystko. Kto komu dał dupy, kto kogo okradł. Ludzie nie mają własnego życia, więc interesują się twoim, żeby mieć co opowiadać sąsiadkom tak samo szczekliwym jak oni. Kościół to miejsce na ploteczki i zaprezentowanie swojej religijności – nie słuchasz księdza, Biblię traktujesz jak regulamin jakiegoś forum (zgadzasz się z nim, jednak nigdy nie przeczytałeś go całego), ale chuj – jesteś wielkim katolikiem. Spróbuj się wyróżnić wśród tłumu… Uuuu, lincz gwarantowany. Najbardziej wkurwiają mnie takie wiejskie dekle, które nie potrafią dobrze się wysłowić, wbijają na remizę czy inne obozowisko wixy, luty czy huty, i szukają, komu by tu najebać. Oczywiście biją się tylko wtedy, kiedy za ich plecami stoi jeszcze kilku kolegów, bo inaczej mogliby wyjść na pizdę. Niedaleko Trójmiasta, w pewnym sołectwie jedna z tych band wozi się z… maślanką… Chodzą, kurwa, rozpierdoleni po ulicy z maślankami w dłoniach. Piwa czy szlugów oczywiście nie kupią, bo mama im nie pozwoli, a pani sprzedawczyni ze sklepu to ciotka chrzestna, więc szybko by wygadała i kabel od żelazka odbiłby się na dupie. Takie kozaki. Z telefoniku leci sobie muzyczka „Nasze bloki są zajebiste” – jakie – ja się pytam – bloki? Chyba rysunkowe i techniczne. Uwierzcie, że ja naprawdę nie gardzę rolnikami pracującymi w polu i ludźmi mówiącymi po kaszubsku, kultywującymi swą tradycję. Nie, nie mam nic do nich. Jednak wieśniactwo to już stan umysłu, potężny ubytek, który trzeba leczyć.
Ja wiem jedno: zanim zejdę z tego smutnego świata, zażyczę sobie, żeby moje ciało spalono. Co potem zrobią z prochami – wypierdolą do morza czy ustawią sobie w urnie, nie będzie mnie już obchodzić. Organy przed kremacją niech wytną i dadzą tym, którym będą potrzebne, a co do stypy – niech napierdala muzyka, a ludzie się bawią. Nawet niech DJ zapuszcza jakiś dubstep, byle było wesoło. Chcę, żeby ludzie cieszyli się, że zszedłem z tego świata i nie muszę już patrzeć na całą masę pokurwieńców. Co mnie gorszego może spotkać? Ja na chwilę obecną nie wierzę w nic. Czarne tło po śmierci jest dla mnie satysfakcjonującą rzeczą. A zakładając, że jednak Biblia albo inne tego typu księgi mają rację, to nawet gdybym trafił do Piekła, to… kurwa, byłem zły, więc Szatan zaprosi mnie na wieczny melanż… Bardzo dobrze. A na razie będę patrzeć na te wszystkie kłótnie i próby nachapania się forsą za wszystkie czasy, ciesząc się z jednej strony tym, że póki co mnie te próby nie dotyczą. Amen.
Tańczą tańczą tańczą parabole…
17 czerwca, 2013, Autor: Letalne PrąciePiąta czterdzieści. Maj. Mgła nie daje za wygraną jak bąk w gąbce. Na PKP przerzuciłem swą cielesną powłokę rodzinnym autem. W wolnej chwili zastanawiam się, czy niezidentyfikowane wgniecenie na drzwiach pasażera nie jest przypadkiem moim dziełem poprzedniego ranka (przy nieświadomej współpracy porannego rowerzysty… bo jeszcze na peronie ledwie na oczy widzę. O takich porach jeździ się na autopilocie…
Latający Holender zjawia się o czasie, co budzi mą czujność. Jak się później okazało – słusznie.
Nie wpycham się na chama, bo mało rzeczy tak doprowadza do szału macicy jak chamstwo. Z resztą od dłuższego czasu wchodząc do pociągów/autobusów robię to zgodnie z pasażerską falą*.
Standardowo ludzie krzątają się po całym pociągu, mimo że ponad połowa siedzeń jest wolna. Ale rozumiem, też jak jeżdżę z towarzystwem czasem trzeba się odnaleźć w morzu tak samo spuchniętych, zaspanych gąb.
Mym oczom ukazuje się Wolna Czwórka, czyli cały segment siedzeń nie zbrukanych pracowniczą/studencką dupą. Podczas gdy ściągam plecak z ramion przede mnie wślizguje się starszy człek w garniturze codziennym. Gatunek człowieka, który nawet ubrany oficjalnie wygląda jak w dresie i bynajmniej nie chodzi o swobodę ruchów. Wślizgnął się, trudno, przecież sam i tak bym nie jechał. Oby tylko nie mielił mordą przez telefon, bo rzygać się chce czasem od tych godzinnych wywodów o niczym. Żeby po ludzku zdjąć kurtkę i usiąść chcę plecak położyć na siedzeniu i..
Człowiek W Codziennym przesunął się w to miejsce.
Ych.. No ludzie mają czasem we łbie jakieś zasady, że przodem do jazdy, tyłem, bokiem w zależności od położenia lub stania, stringów czy gaci po tacie. Trudno, dobrze że mu tym plecakiem przypadkiem nie walnąłem… Chcę położyć plecak na przeciw, tam gdzie W Codziennym był przed sekundą na co On jak małpa przeskakuje też tam.
No kurwa, nienormalny mi się trafił. Wkurzony, bo spałem tej nocy godzinę, indaguję:
– Przepraszam, czy pan żartuje?
– A dlaczego miałbym żartować?
Teraz, jak o tym piszę sam się śmieję, ale wtedy naprawdę miałem ochotę mu przyłożyć.
– No to co pan robisz? Skaczesz, nie mogę usiąść!
– Bo tu jest zajęte!
– Cztery miejsca pan zajmujesz?!
– Nie! Trzy tylko!
No kurwa twoja kuśka w drzwiach, pajacu… W tym stanie nie wygram. Z resztą wyspany też bym nie wygrał, bo nigdy nie wiem jak zachować się w tak abstrakcyjnej sytuacji. Odchodząc mówię na cały przedział „Idiota!” i siadam kilka miejsc dalej.
Oczywiście ze snu żeńskie prącie wyszło, bo myślę o zemście. Może będziemy wychodzić na tej samej stacji to go podetnę i zbierze zęby razem i rozsądek z peronu. Jeśli nie? Wychodząc poczęstuję go łokciem, a co najmniej plecakiem. W trakcie rozkmin ustępuję jakiejś kobiecinie miejsca i z nowej perspektywy rozpatruję nowe możliwości. Stać nad nim i wkurwiać trącaniem plecaka może? Ale wtedy straciłbym dobrą miejscówkę, a jeszcze bardziej wkurwiać się i męczyć dla zemsty – bez sensu.W Codziennym wsiadał w moim mieście, więc możliwe, że będę miał inną okazję do zemsty. Tyle, że wtedy nie będzie wiedział o co chodzi, a mi to satysfakcji nie przyniesie…
Ale patrzę, że faktycznie zajął miejsce jakimś koleżankom. Byłoby to normalne, bo też przetrzymuję ludziom miejsca, ale nie w tak pojebańczy sposób? Mówić przecież umie – gada od czapy, ale gada przecież. Ale cóż, sytuacja dla postronnego wyglądała tak, jakbym to ja się chciał tam wcisnąć, a piszą cię jak widzą…
Stojąc w kolejce do wyjścia trącam W Codziennym’go w bark. Odwraca się ku mnie z miną przygotowaną na takie okazje, na co ja:
-Przepraszam, że publicznie nazwałem pana idiotą.
Przez moment wyglądał normalnie, czyli tak, jakby nie oczekiwał 'przepraszam’ a kontynuacji porannej rozmowy. Później widać było proces szybkiego myślenia, bo jeżeli przepraszam to nie za kłótnię, tylko za 'idiotę’ na cały przedział… ale uśmiechnął się i podał mi rękę.
Morał srorał – w dupie mam, czy naprawdę był psychiczny, czy po prostu złamasem. Największym sukcesem było opanowanie się, bo nie ważne jakiej durnej gnidzie strzelisz – zawsze odpowiadasz jak za człowieka. No i poczułem się o poziom wyżej.
__________
* i zgodnie z moim poradnikiem dla starego człowieka, który piszę będąc jeszcze młodym dla siebie starego. Jedna z rad brzmi:
Nie bądź gruby, nie śmierdź i nie wpierdalaj się na siedzenie w komunikacji jak nagła sraka w gacie. Podejdź spokojnie, ustąpią ci miejsca zgodnie z rytuałem i nikt nie będzie cię klął jak nagłą srakę w gaciach.
Islamizacja
6 maja, 2013, Autor: WigarusWkurwia mnie Islam. Ludzie mówią „bądź tolerancyjny”, ale ile, kurwa, można. W mediach mydli się nam oczy, że to religia pokoju, chociaż szmatogłowi fanatycy bez mrugnięcia powieką tłumaczą, że ich koraniczną misją jest destrukcja innowierców. Ktoś powie: „W każdej religii są fanatycy i normalni wyznawcy” – OK, to prawda, ale jeśli istnieją osoby normalne i zarazem wyznające Islam, to tak naprawdę działają w sprzeczności ze swoją religią. Koran nakazuje stosowanie się do prawa szariatu i nie ma kilku Koranów – jest jeden i on wyraźnie tak nakazuje. Niemcy i Wielka Brytania już tego doświadczyły: Muzułmanie wydzielają tam swoje strefy i będąc hermetycznie odizolowani od ludności, która mieszka tam od zawsze, chcą, aby ich prawa respektować jako prawa większości. To nie fair, ponieważ po pierwsze to oni przyjeżdżają do Europy i Ameryki, więc to oni powinni w większej części się dostosować, nie na odwrót. Po drugie: z jakiej racji są oburzeni tym, że ktoś odmawia im budowy meczetu na terenie obcego kraju, skoro oni sami nie pozwoliliby na budowę cerkwi albo kościoła na swoich terenach? Ktoś, kto wierzy w Allaha, automatycznie uznaje prawo szariatu, czyli dąży do tego, aby szariat obowiązywał wszędzie. A szariat to nie tylko prawo religijne, tylko również prawo ustanowione w ich piaszczystych, przepełnionych napalonymi kozami krajach, wręcz konstytucja. Ostatnio oglądałem reportaż w „Superwizjerze” i choć nie trawię TVN-u, to jednak ten materiał obejrzałem z czystej ciekawości. Kobieta mówiła tam, że wysadzanie się w metrze to piękny przykład poświęcenia i ona absolutnie go rozumie, a także stwierdziła, że gdyby prawo koraniczne kazało jej odciąć głowę swojego syna, to cytuję: „Przyjęłaby to na klatę”. Kobieta ta była Polką. No, kurwa, takich ludzi trzeba leczyć, póki jest na to czas. No, nikt mi nie wmówi, że kobieta zdolna zamordować własne dzieci jest zdrowa na umyśle. Nikt mi też nie wmówi, że przedmiotowe traktowanie kobiety to świetna rzecz, mimo iż tamta głupia baba absolutnie się z tym zgadzała. Tylko jest jeden problem: ty, głupi babsztylu, siedzisz sobie w Polsce, a u nas nie ma wielu Muzułmanów. Skoro kochasz Allaha, to pojedź do jakiegoś arabskiego kraju – życzę ci powodzenia w drodze powrotnej. Zapewne przy odcinaniu głowy z niedogotowany obiad będziesz się cieszyła, bo „przyjmiesz to na klatę”. Poza tym niech ktoś mi wyjaśni, dlaczego we wszystkich tych krajach panuje taki zastój technologiczny? Ci niby żołnierze, obrońcy swojej religii często nawet nie wiedzą, że wyrzutnia rakiet ma odrzut i mogą przypierdolić w ścianę, jeśli stoją zbyt blisko niej. Przez tyle lat w kwestii lepszego życia nic się u nich nie zmieniło. A Unia Europejska jeszcze popiera islamizację Europy, pieprząc coś o tolerancji. Tolerancja ma dwie strony – jeden słup nie przewodzi prądu, to czemu drugi miałby to robić? Poza tym oglądałem film poświęcony właśnie sytuacji, w której Muzułmanki (w Niemczech!) prześladują Niemki. Myślę, że wynika to z kompleksów. Jakich? To proste – z braku wyboru. Kobieta jest w Islamie przedmiotem, podczas gdy w cywilizowanych kulturach kobieta ma prawa i może decydować o swym życiu. Kompleksy mają też muzułmańscy idioci, którzy każą ubierać się kobietom w szmaty, jakby bycie kobietą było czymś podrzędnym. Ja ogólnie jestem raczej antyreligijny, no ale porównajcie sobie żydowską jarmułkę (wiem, że noszą ją faceci, ale to tylko przykład ubioru) do muzułmańskich okryć kobiety. Niektóre się na to godzą, jak choćby ynteligentna baba z tego reportażu, ale niektóre po prostu nie mają wyboru. Są produktem zapakowanym w worek jak ziemniaki i nie mogą być kobiece. To chyba główny powód, dla którego tyle kóz zostało zgwałconych na tamtych terenach – po prostu islamscy terroryści mają swój niepowtarzalny gust. I taki ubiór obowiązuje zarówno w ich krajach jak i poza nimi. Nie wiem, czy zdają sobie oni sprawę, że prawo państwowe przewyższa wszelką kulturę imigrantów i jeśli ich kultura nie pozwala im przestrzegać obowiązujących praw, nie asymilują się ze społeczeństwem i uważają się za panów tych ziem, to niech tak robią, ale niech najpierw pakują swoje turbany, Korany i tym podobne i wypierdalają na swoje pustynie.
Tego nie można tolerować. Dla niektórych osób moja wypowiedź będzie rasistowska, ale ja przecież nie mam nic do Arabów. Muzułmaninem może być każdy człowiek każdej rasy. Z tym syfem trzeba coś zrobić, bo od Niemiec krótka droga do Polski, a ja nie mam zamiaru słuchać, że Ahmed i Osama to popularne polskie imiona.



(oceniano 13 raz(y), średnia ocen: 9,62 na 10)