Archiwum dla 2010
Skurwysyn….!!!
21 sierpnia, 2010, Autor: ASPIRYNATak skurwysyn kawał jebanego niemytego chuja!!!Pierdolony przechodzień który wtargnął mi na przejściu na pasach prosto pod koła dobrze ze zdążyłem zrobić unik jak Adamek .Kurwa chuj widział że zapierdalam i zrobił to gnojek specjalnie dobrze że przed pasami coś mi powiedziało „zwolnij bo chuj będzie chciał się pod koła rzucić.. ” gnój …Kurwa jadę sobie i widzę jak jakiś pajac się wierci na przejściu i szykuje się do tygrysiego kurwa skoku w najprzestrzenniej piekielną kurwa miął chuj czerwone a a ja kurwa zielone bo kurwa potorfie rozróżnić kolory i jadę sobie nogę już miałem z gazu i patrze na chujka w żółtej koszulce z jelenim a on mi nagle na czerwonym wpierdala się na pasy a ja po hamulcach i kurwa kierownica w skos potem kurwa gaz i auto wyprowadziłem na prostą zatrzymałem się jakieś 15metrów za pasami i jak go chuja zjebałem '”””Ty chuju !!!Życie ci gnoju pierdolony nie miłe jebany ośle cwelu odbytniczy Mam cie zajebać teraz……i coś tam jeszcze”Bym se narobił problemów jakbym oszołoma potrącił na pasach to prokurator by mi kurwa wmawiał ze może mięłam czerwone itp..
rymowanka
21 sierpnia, 2010, Autor: mikelZainspirowany rymowanymi wpisami na ścianie wkurwień Thomasa postanowiłem coś skrobnąć krótkiego.
Choć w wakacje wolne mam,
cały czas się w nie wkurwiam!
Nie ma dnia, by coś się nie zjebało,
wkurwiający rodzice to oczywiście mało.
Do tego dołóżmy pojebanych braci, kolegów,
na to wszystko aż brak mi słów.
Jest jednak strona taka jedna,
w której każdy szybko przechodzi do sprawy sedna,
nie pierdoląc się z bawełny owijaniem,
właściwych słów dobieraniem,
czy innego typu ludzi wkurwianiem,
pisze tu każdy to, co mu na język ślina przyniesie
nie mam rymu, więc napiszę sobie teraz lesie.
Na szczęście drogę moją rozświetla jedno światło
rysując w obrazkach mego życia ładne tło
i przyozdabiając je byciem swoim
nazywam ją czasem aniołkiem moim.
Dobra, koniec tego romantycznego pierdolenia
w końcu ta strona jest od mega wkurwienia :)
Adminowi chciałbym uroczyście podziękować
że jakiś czas temu chciało mu się spróbować
stronę zupełnie bez sensu od początku zbudować
na której w dzisiejszym wkurwiającym świecie
każdy może się wypłakać. W końcu jak jest, wiecie…
Danke ;)
Sklepikary
21 sierpnia, 2010, Autor: mazolecJa pierdolę, i znowu się wkurwiam na pojebanych ludzi. Wszędzie gdzie pójdę spotykam ludzi tak pokurwionych, że sam św. Piotr by ich zajebał z wkurwienia. Ale przejdę do sedna sprawy.
Jako iż tymczasowo siedzę sam w domu (nie licząc „chorej” babci) muszę sam popierdalać po wszystkie zakupy. Po pierwsze muszę wstać o 7 rano (a mam jebane wakacje) bo później te wszystkie stary baby wykupią cały towar i chuja kupię. Następnie moi starsi dzisiaj wracają więc musiałem zrobić większe zakupy i za każdym razem gdy wracałem ze sklepu okazywało się, że czegoś jeszcze brakuje i muszę dymać jeszcze raz. Nie zdążyłem zjeść kurwa żadnego śniadania, a muszę biegać po osiedlu z siatami bo „trzeba więcej ziemniaczków kupić”.
To bieganie aż mnie tak bardzo nie wkurwiło. Najgorsze są te jebnięte sklepikary i straganiary. Banda pojebany starych pizd, które nie rozumieją tego co się do nich mówi. W mięsnym stoję w jebanej kolejce 15 minut, 10 osób przede mną i każdej ta pizda w fartuchu pyta się o to samo, a mianowicie: „a może trochę tego, a może tego, a to mamy świeżutkie więc może pan/pani weźmie?” Po jaki chuj ona mówi to każdej osobie z osobna? Przecież słychać jak zachwala to na drugim końcu kolejki, która robi się jeszcze dłuższa bo pierdoli bez sensu. Co więcej każda stara baba, która usłyszy to zachwalanie od razu 5 minut się zastanawia czy kupić czy nie, wypytuje o każdy jebnięty szczegół. Za to ja stoję w tej jebanej kolejce o 7 rano i muszę wysłuchiwać tego gówna na patyku. Chwilową radość przyniosło mi gdy przyszła moja kolej na wysłuchiwanie zachwalania jakie to mięsko jest zajebiste i oburzenie kobietki na moją odpowiedź, a mianowicie: „Słyszałem jak pani zachwalała to 10krotnie wcześnie tym starym babom przede mną i szczerze mówiąc mam w dupie to gadanie więc podlicz mi za to co kupiłem”. Kurwa mać, musielibyście widzieć to zdziwienia na ryju. Niezapomniane wrażenie.
Napisałem wcześniej chwilową radość bo zaraz stałem w kolejce do mleczarskiego, gdzie podobna historia tyle, że tym razem wścibski babsztyl zawsze dodatkowo wypytuje o rodzinę.
Jest wcześnie rano, a ja już jestem wkurwiony, mam jedynie nadzieję, że na siłowni się trochę rozładuję.
Drogawe dziury..
19 sierpnia, 2010, Autor: TomashWstałem dziś rano, zasiadłem do swojego 20 letniego bolidu i ruszyłem jak co dzień do pracy. Jak zwykle mijając potężne kałuże powstałe w wyniku zapchania studzienek odpływowych. Dotarłem na miejsce iii…. no właśnie. Mimo monotonii brzmienia, taki byle scenariusz pozostaje jedynie marzeniem. Prawda jest zupełnie inna.
Wstaję, biegiem wyszykowałem się i lecę do pracy. Wsiadam do samochodu, panel od radia nie zdjęty=wzmak rozładował akumulator. Modlę się by zapalił… dupa. Nawet rozrusznikiem nie obróci. No nic. Dzięki Bogu i partii mieszkam na górce. Na pych odpali na pewno. Zepchnąłem byka z podjazdu i jadę w dół… raz-zgasł. Dwa-zgasł. Trzy-obrócił parę razy i ponownie cisza. Górka się skończyła i stanąłem przy głównej drodze. Na szczęście po drugiej stronie jest znowu z górki. Wysiadam z myślą o pchaniu… Prosto w kałużę, a właściwie nie kałużę a małe jebane jezioro na całą szerokość drogi i tak głębokie że but zniknął pod lustrem wody. Kurwa! buty mokre, akumulator martwy ale chuj, klient czeka trzeba jechać. Wysiadam więc i brodząc w tym jebiącym jeziorze pcham samochód dalej. Przede mną główna droga, jak wypchnę byka pod samochód będzie kraksa… Samochodów jedzie w pizdu. Żaden jednakże cholerny sukinsyn nie zatrzyma się żeby pomóc odpalić. A ja nawet mam kable w bagażniku. Więc tak sobie jadą i jadą i jadą a ja kurwa stoję w tej pieprzonej kałuży, pada kurwa deszcz i ogólnie jest zjebanie. Chwilka bez samochodów więc pcham dalej… Przepchnąłem główną, wskakuję do samochodu, bieg, puszczam sprzęgło iii stanął. Bo kurwa nie włączyłem zapłonu. No nic to, jeszcze kawałek z górki. Włączam zapłon, odpycham, ok. odpalił. Bogu dzięki. Tak oto mokry, wkurwiony, spocony jak świnia i styrany jadę aż tu nagle telefon „Przepraszam ale mam ważne spotkanie i spóźnię się godzinkę…” Nosz do kurwy nędzy! Mokre buty, wysiłek godny Syzyfa tylko po to by się dowiedzieć że mam godzinę kwitnąć i czekać. Myślę nad powrotem do domu i przebraniem się… odpada. Samochód musi się podładować a otwartego na chodzie nie zostawię. Jadę zatem sobie przed siebie, przejeżdżam kałuże, jedną, druga aż tu nagle JEB! całe koło wpada. No do k**** j****** w d*** p********** cholery! Wysiadam, znowu jezioro a koło w dziurze. Na szczęście zawieszenie i opona cała. Myślę zatem co dalej. A w dupie będzie co będzie. Wsiadam i zaczynam „bujać” przód, tył, przód.. Ok wyskoczyłem. No to jazda dalej. Dojeżdżam do granic Gdyni i tu się zaczęło. Cały Sopot, remonty remonty remonty. Chujowo się tak jedzie ale co zrobić. Już nie mówię że jechałem chyba trzy na godzinę w sznurku cholernych idiotów którzy z powodu remontu jechali w tempie martwego ślimaka… Tak oto po 40! minutach docieram do granic Gdańska. No i się zaczęło. Trzęsie, dziura na dziurze…. Niby główna arteria miasta a taki rozpierdol jakbym furmanką jechał przez zaorane pole buraków, na kwadratowych kołach i z pijanym koniem… Myślę sobie, pojadę bocznymi uliczkami… Nic bardziej błędnego. Skręcam w prawo a tu NIE MA ASFALTU!, nie ma kostki, nie ma drogi! Jest jebane NIC! jakiś piach, tłuczony beton i inne gówno. Uciekłem czym prędzej na główną i jakoś dojechałem na miejsce. Powrotu nie opiszę, mogę tylko napisać że ilość epitetów wywrzeszczanych przed kierownicą w kierunku innych kierowców, policji, drogowców i całej reszty wywołała fakt że włączyłem wycieraczki myśląc że to deszcz a to piana wściekłości którą zaplułem przednią szybę… Na szczęście opuściłem Gdańsk. Następny przystanek Wejherowo. Jadę zatem i stukam te kilometry. Radyjko gra jakiś Daft Punk i ogólnie humor powoli mi się poprawił. Dojeżdżam do Wejherowa. Ponownie zakorkowana główna arteria skłania mnie do jazdy równoległą drogą między blokami. Zatem jadę, gładko jak po aksamitnej panience, mimo że mokro mam 60 na budziku i jest fajnie… aż tu naglę… NIE MA DROGI! asfalt nagle się urywa i dalej leci piaskowa droga z pół metrowymi pełnymi wody dziurami. Hamowanie nic nie dało. Wpadłem w te dziury z hukiem zdolnym przerazić martwego… Wysiadam, zaglądam pod samochód… Naderwane mocowanie wachacza, wgnieciona felga… Kurwa zajebiście! Na szczęście w bagażniku młotek więc dwa strzały jako tako prostują felgę – dzięki Bogu żałowałem na alusy. Dojechałem na miejsce. Sprawy załatwione… Wracam do domu.
Chciałbym powiedzieć że bez przygód ale co tam. Marzenie… Jadę oczywiście slalom gigant między kałużami i dziurami zdolnymi pozbawić koła TIR’a, z naprzeciwka przycina jakiś idiota z przyczepką. Oczywiście jak na idiotę przystało, jedzie środkiem i ani myśli zjechać z drogi. Żeby nie kasować samochodu uskoczyłem nie patrząc na drogę i wpadłem w kolosalną dziurę.. Felga znowu załatwiona ale chuj z felgą. Opona pęknięta i powietrze zapierdala… Powoli ale jednak. W dupie z wulkanizacją, dojechałem do domu co 5min stając by dopompować oponę (mam taki śmieszny kompresorek do gniazda zapalniczki). Postawiłem samochód przed domem, wchodzę do środka, siadam przed kompem iiii,,, net nie działa. TP-sa znowu dała dupy. Poszedłem więc spać.
Morał historii jest prosty i roztropny. W polsce bida, dróg ni ma a skoro drogi jak pola, zasiejmy na nich żyto. Będzie na dobre piwo bo jeździć to się po tym za chuja nie da.
Pozdrawiam.


(oceniano 5 raz(y), średnia ocen: 10,00 na 10)
