Wkurwienia w kategorii: ‘Życie’
Idą Święta…
7 grudnia, 2009, Autor: Rzeźnik znad BobruIdą Święta, a to oznacza że…
Najpierw trzeba, kurwa, kupić prezenty. Oznacza to, że będę latał po sklepach, przepychał się przez spoconych ludzi z obłędem w oczach, żeby wydać mnóstwo kasy na jakieś pierdoły. Co gorsza, wszystko już kiedyś komuś kupiłem.
Wujek Edek dostał w zeszłym roku flaszkę, a przecież nie kupię mu w tym roku książki, bo ten facet nigdy nie przeczytał nic ponad tekst na etykiecie półlitrówki. Ciocia Jadzia rok temu ukontentowała się kremem nawilżającym, co go kupiłem z przeceny, bo za tydzień kończył się termin ważności. W tym roku jedynym kosmetykiem dla tej lampucery byłby krem przeciwzmarszczkowy, ale po pierwsze, takich zmarszczek żaden krem nie wygładzi, a po drugie, przecież nie wydam na kosmetyki całej kasy na boże narodzenie. I tak ze wszystkimi. Dziecko mordę drze o jakiś nowy program komputerowy, choć i tak wiadomo, że przestanie się nim zajmować po 48 godzinach, bo każda gra jest dla niego za trudna, Półmózg jeden. Żona będzie miała jak zwykle pretensje, że Kowalska z jej biura dostanie coś ładniejszego. W rezultacie kupię byle co – jak co roku.
Potem śledzik w pracy z ludźmi, których mordy są mi nienawistne, i patrzenie na męki szefa, który życzy nam „dużo pieniędzy”, choć wszyscy wiedzą, że dopiero wtedy byłby szczęśliwy, gdybym pracował za miskę zupy z brukwi przykuty łańcuchem do komputera. Krwiopijca jeden. Potem wszyscy się nawalą jak szpaki, a pan Henio obślini biust pani Bożeny z księgowości, zamkną się oboje w archiwum, bo oni zawsze walą się jak króliki, kiedy są naprani. Następnego dnia kac, w dodatku żona będzie robić wymówki.
Jeszcze tylko trzeba jebnąć w baniak karpia, bo małżonka – uważacie – wrażliwa jest i na męki zwierzątka nie może patrzeć, choć mnie męczy od 15 lat bez zmrużenia oka, garbata owca. Przynieść i przystroić choinkę. Z dzieckiem, żeby miało ciepłe wspomnienia z dzieciństwa”, a ono w dupie ma choinkę, mnie, boże narodzenie i wszystko. Jak taki glon emocjonalny, może mieć jakiekolwiek wspomnienia? No i kolacyjka wigilijna. Rodzinna, mać ich w tę i z powrotem. Jedna wielka męka. Co za kutas wymyślił ten łzawy termin „rodzinna wieczerza”? Przyjdą wszyscy ci, od których na co dzień trzymam się z daleka z dobrym skutkiem. Usiądziemy za stołem… A nie, pardon, najpierw prezenty! Trzeba będzie się kłamliwie ucieszyć, choć z góry wiem, że ten krawat kupiony na bazarze od Wietnamczyków dopełniłby liczną kolekcję podobnych gówien, gdybym oczywiście zawalił szafę takim badziewiem, a nie zaraz następnego dnia wyrzucił wszystko do śmietnika. Dostanę też najtańszy koniak i jakieś kosmetyki. Jakie – będę wiedział ostatniego dnia przed Wigilią, kiedy w pobliskim supermarkecie zaczną wyprzedawać to, czego nie udało się upchnąć ludziom.
Po prezentach się zacznie. Te same kretyńskie dowcipy wuja Bronka, zwłaszcza, kurna, ten o gąsce Balbince. Wszyscy będą dokarmiać mojego psa po to, żeby narzygał w nocy na pościel. Ciotka załzawi się po dwóch godzinach żucia żarcia z wytrwałością tapira i zacznie płakać, „jak to dobrze, że trzymamy się razem”. Gówno prawda akurat, co wykażą następne dwie godziny, kiedy to nawaliwszy się już, zacznie wyzywać swojego ślubnego od złamanych chujów. To oczywiście prawda, ale dlaczego popierać to rzucaniem w niego salaterką po śledziach? Mniejsza o jego mordę, ale ciotka nigdy nie trafia. Plama na wersalce cuchnie jeszcze przez dwa tygodnie po Wigilii. Jedyna nadzieja, że akurat w tym roku 6-letnia latorośl kuzynostwa z Lublina nie nawali w gacie w połowie kolacji i nie zakomunikuje o tym radośnie jeszcze przed deserem. Bo to, że coś wywali sobie na łeb ze stołu, to pewne jak w banku. Jeszcze tylko muszę przeżyć debilne gadki o polityce, przy których wszyscy oczywiście skoczą sobie do gardeł i na siebie się poobrażają. Na koniec ciotula Jadzia puści maleńkiego pawika na ścianę koło swojego fotela i można będzie odtrąbić koniec męczarni.
A nie, byłbym zapomniał. Kolejną rozrywką będzie wyprawa na pasterkę, bo to religijna rodzina. No to pójdę, choć nikt nigdy nie wyjaśnił, po nagłą cholerę tłuc się po nocy, żeby stać na mrozie w bezruchu przez godzinę czy więcej. Ciekawe, czy moja małżonka znowu wywinie orła na ryj na schodkach kościółka – jak to robi od kilku lat z uporem godnym lepszej sprawy? W kościele, jeśli tam się dopcham, będzie cuchnąć jak w gorzelni, bo wierni tylko dlatego stoją na własnych nogach, bo za duży tłok, żeby upaść. Czasem tylko ktoś beknie albo puści głośno bąka, ale i tak nikt na to nie zwróci uwagi, bo wszyscy drzemią na stojąco. Wracając trzeba tylko będzie uważać na chłopców z osiedla, bo w Wigilię katolicka młodzież szczególnie lubi wpierdolić bliźniemu. Rok temu zglanowali wujka Edka, ale on chyba tego nie zauważył, bo był zalany w płaskorzeźbę.
Wreszcie wychodzą z chałupy, wory jedne. Moment zamykania drzwi za ostatnim z tych troglodytów jest najszczęśliwszą chwilą w moim świątecznym życiu. Kilka dni odpoczynku.
Ale mijają jak z bata strzelił, bo wielkimi krokami zbliża się kolejny kretyński wynalazek – sylwester. Ludzie! Kto to wymyślił?! Już od listopada ślubna wydala z siebie idiotyczne pomysły, żeby pójść na „jakiś bal”. Jakbyśmy srali pieniędzmi… Albo żeby gdzieś wyjechać, gdzie gorąco. A niech se włączy farelkę pod fikusem, będzie miała tropiki w chałupie. I tak przecież skończy się na balandze u Witka. Jasne, trzeba ładnie się ubrać, bo wszystkim się wydaje, że to jakiś uroczysty dzień. Czyli żona najpierw puści w trąbę pół budżetu domowego na jakąś kieckę, w której wygląda jak zwykle, czyli jak w worku po nawozach sztucznych. Ale cena taka, że za to można by żywić jeden powiat w Somalii przez kwartał. Ja się wbijam w garnitur, bo europejska cywilizacja wymyśliła, że mężczyzna wygląda dobrze, gdy wdzieje na siebie marynarę, co pije pod pachami. Pod szyją zawiążę sobie kolorowy postronek. I tak mam przewagę, bo prysnę na dziób jakąś wodę kolońską i jazda, a małżonka kładzie sobie tapety tyle, że palec w to wchodzi do pierwszego stawu, a daje rezultat mumii Tutenchamona zaraz przed konserwacją. I zajmuje ze trzy godziny. Łazienka, oczywiście, zajęta i wszyscy pozostali domownicy mogą szczać do zlewu, jak mają potrzebę, albo niech zdychają na uremię.
U Witka ten sam zestaw ludzki, ale czasem trafia się coś nowego, na czym można by oko zawiesić. Jak zwykle nic z tego nie wyjdzie, bo chociaż Wituś ma dużą chałupę, to ryzyko za duże. Zresztą każda kobitka jeszcze przed północą doprowadza się do stanu, w którym wygląda jak kupa. W tym dniu trzeba być radosnym jak młody pies, szczerzyć zęby w uśmiechu i ruszać w tany, nawet jeśli ni pyty nie mam o tym pojęcia. Zresztą nikt nie ma, za to wszyscy miotają się w konwulsjach i po krótkim czasie cuchną, jak gdyby nie myli się z tydzień. Baby w szczególności. Z facetami jest prostsza sprawa, bo już koło jedenastej są pijani w sztok i bełkoczą albo chcą ruchać wszystko, na co trafią w drodze do baru. O północy trzeba obcałować wszystkie te oślinione i śmierdzące wódą mordy, obłudnie życząc wszystkiego najlepszego, choć jedyne, o czym wtedy myślę, to żeby ich szlag trafił czym prędzej. Potem sylwestrowa noc, banalna do bólu – rozmazane makijaże kobitek (najlepszy tusz nie wytrzyma, gdy właścicielka walnie mordą w sałatkę), śpiący pokotem faceci, jacyś zarzygani klienci w kiblu. Norma. Ja, oczywiście, nawalę się już przed północą, żeby uniknąć konieczności odwożenia mojej nawalonej ślubnej do domu.
I tak zakończę ten najgorszy okres w roku…
źródło: internet
Tagi: święta, sylwesterDajcie mi odpocząć!
3 grudnia, 2009, Autor: mikelDajcie odpocząć! Proszę Was!
Nie wierzę po prostu. Kolejny dzień po którym mam ochote nie mieć na nic ochoty. Ba! On się jeszcze nawet nie skończył! Ale o tym zaraz.
Już się nie będę rozpisywał, jaki mam męczący tydzień, bo to nie jest ważne. Najgorsze zaczęło się wczoraj. Godzina 19:10 standardowo idę na trening taj taj (muay thai), no ja pierdolę. W skrócie powiem tak, że mogłem koszulke z potu wyciskać, a dzisiaj rano nie potrafiłem wstać z łóżka, tak mnie nogi napierdalają. No ale jakoś wstałem. Ide do lustra mając nadzieję, że zniknąłem. Jednak kurwa nie, wyglądam jeszcze gorzej niż zawsze. Włosy mi stoją jak popierdolone… Muszę je umyć, no zgroza normalnie! Poszedłem do szkoły, nawet nie będe wspominał tych męczarni. Ostatnie 2 lekcje – wychowanie fizyczne. NO KURWA! Jeszcze nigdy tak się nie czułem, gorzej niż jakiś stary dziad. Poszedłem do domu… Cudownie… 20 minut i spierdalam na Angielski. Jedyna dobra wiadomość to taka, że zdałem jebany próbny egzamin. Wyszedłem 10 minut wcześniej z angielskiego, jak zwykle z resztą. Biegne kurwa do szkoły, prawie się zabiłem po drodze (hm, może to i lepiej? fajnie tak, jednego debila mniej w końcu), szybko się przebieram, krótka rozgrzewka i mecz. Oczywiście wyleciałem w I składzie godnie reprezentując moją szkołę. No do chuja, jak tak można? Mikel wielki technik magik z dyplomem na 5 kurwa, powinni tylko się zastanawiać gdzie ta piłka spod moich nóg leci, a tu chuj! Mikel nie potrafi skleić piłki dobrze do nogi, no japierdolę. Cały skład grał chujowo, jak zwykle mnie pokopali… Na moich goleniach właśnie się dzieje 15 fałdowanie, rośnie mi mount everest kurwa. Chodzić prawie nie mogę. Słaby mecz, bo słaby. 5:2 do przodu, jedna moja. Pierdolić. Wróciłem, zasnuffiłem, humor się poprawił. DO czasu, 15 minut temu wróciłem, zjadłem… Za 10 minut wychodze, jadę znowu grać w piłke. Temperatura kurwa 5 stopni selsjósza, a ja będe popierdalał na dworze. Kurwa!
A wiecie, co jest najgorsze? JUTRO KURWA ZAWODY PŁYWACKIE! Co prawda szkolne, ale pływackie… Od 3 miesięcy nawet nie pływałem, moje mięśnie zaraz się rozpadną, ale chuj… Pływackie.
Japierdolę, niech ktoś w nocy zatrzyma czas, żebym sie chociaż wyspał.
Sonda w sprawie rodzeństwa
29 listopada, 2009, Autor: adminJoawel postawiła właśnie ciekawe pytanie. Ilu z nas, drodzy milusińscy, a także niezapisani jeszcze do megawkurwa ani nie mieszkający w Chujowie czytelnicy naszej strony, ilu z nas jest jedynakami?
Joawel napisała do mnie:
Zastanawia mnie, skąd bierze się wkurw na tyle spraw, z którymi inni ludzie sobie radzą, albo inaczej, na które inni ludzie nie zwracają uwagi, a my tak. Może większość z nas to jedynacy albo leworęczni albo urodzeni w niedziele itp.
Może poratujesz mnie i oswobodzisz z domysłów tworząc taką właśnie sondę?
Prosisz i masz, oto sonda:
nie-moC
28 listopada, 2009, Autor: WysokiObcesWkurwia mnie poczucie uciemiężnienia przez własne życie. Każdy człowiek gdzieś tam, głęboko ma jakieś marzenia, możliwe do realizacji i w chuj niemożliwe. Pół biedy jeśli realizujemy te możliwe, chwała nam za to. A co z tymi wybujałymi, tymi które chowają się w zakamarkach wszystkich pragnień. Pewnego dnia budzisz się ze swojego życia, masz 40 lat- na karku chujowiznę i siwe włosy na głowie. I pytasz sam siebie, kurwa za jakie grzechy?! Jak mnie wkuwria myśl, że mogę obudzić się w takim stanie. Wkurwia mnie to, że nie mogę sprzedać mojej lodówki i pójść śladami Cejrowskiego-pierdolnąć wszystkim i pojechać na wyprawę życia. A dlaczego? Bo moja lodówka jest w chuj nic nie warta.
Egzystencjalny autowkurw
I wszędzie kurwa dobrze gdzie nas nie ma…
WO
P.S. tak kurwa mam doła
Tagi: bezsilność, niemoc



(oceniano 13 raz(y), średnia ocen: 6,77 na 10)