Wkurwienia w kategorii: ‘Zachowanie’
Ludzie z mojego najbliższego otoczenia są pierdolnięci, rozdział II
28 lutego, 2019, Autor: WigarusNa początku, tak zupełnie abstrahując od tematu tego wpisu, chciałbym tylko nadmienić, że postanowiłem zmienić swój nick. Wynika to z faktu, że jednak poprzedni nick jest przeze mnie używany na innych stronach i kilka osób (takich żywych, widzianych raz na jakiś czas) o tym wie, a jednak tutaj wolałbym zachować tyle anonimowości, ile tylko się da. No dobra, ale to pewnie chuj kogokolwiek obchodzi, więc zaczynam rozdział II.
Rozdział II – Kuzynki-Karynki
Dzisiejszy bohater będzie bohaterem zbiorowym, ponieważ zupełnie bez sensu byłoby pisać o każdej z osobna. Poza tym poprzez swoje zachowanie tworzą jakby jeden wielki organizm, coś jak te ogromne stwory z filmu „”Pacific Rim”. Właściwie użyłem określenia „Kuzynki-Karynki” bo się rymowało, ale tak naprawdę nie chodzi bynajmniej tylko i wyłącznie o osoby z dalszej rodziny. To się tyczy również niektórych osób z rodziny mojej lubej, a także takich, które są kompletnie z nami niespokrewnione, ale przez ogólne niedojebanie wpisują się w ten schemat.
Czasy anona-piwniczaka mam już dawno za sobą. Zawsze wydawało mi się, że jestem taką czarną owcą w mojej rodzinie, ale nie dlatego że wdawałem się w jakieś burdy, kopałem śmietniki i wysysałem krew ze staruszek, tylko po prostu nie wyznawałem pewnych wartości ogólnie uznanych za „normalne”. Nie lubiłem piłki nożnej, bo uważam ją za gówniany sport (jeśli ktoś lubi, to spoko, ale proszę mnie nie zmuszać), wolałem raczej grać w Mario i Raymana niż w GTA i kolejne Call of Duty, no i ogólnie byłem takim introwertykiem (gdzieś w 60-70%, bo jak to padło kiedyś w Kapitanie Bombie: „Po wódzie mi odpierdala”, ale to dawne czasy i nie chcę do nich wracać, choć na pewno o nich napiszę). No, w każdym razie byłem nudny, ale podobało mi się to. Znacie to uczucie, kiedy siedzicie przy rodzinnym stole i jakaś Karyna lub Janusz pierdolnie tekstem: „Kiedy przyprowadzisz dziewczynę”? Żenadometr wypierdala wtedy rtęć poza skalę i pęka. Jeżeli myślicie, że po tym, jak już się zakochacie i będziecie mieli tę dziewczynę, tego typu pytanie macie już za sobą, to jesteście w błędzie. Oj, kurwa, w błędzie. To pytanie ewoluuje jak pierdolony pokemon. Po „Kiedy przyprowadzisz dziewczynę” następuje „Kiedy ślub?”, a następnie „Kiedy dziecko?”, przy czym to ostatnie pytanie jest chyba najbardziej kurewsko bezczelne ze wszystkich.
I z tego właśnie powodu, do chuja pana, gardzę madkami-kuzyneczkami wszelakiej maści. Te pustaki traktują posiadanie dziecka jako osiągnięcie niemal porównywalne do otrzymania Nagrody Nobla. Większość z nich ma gówniaka przez wpadkę, więc tym bardziej pytanie mnie o zostanie rodzicem, czyli coś z pogranicza planowania, brzmi śmiesznie i absurdalnie. Na FB ustawiłem posty wielu z nich jako niewidoczne, bo nie miałem zamiaru codziennie oglądać ich madkowych tekstów na tablicy z cyklu „Dobrze, że nie obciągnęłam, bo narodził się mi największy skarb” oraz obleśnych zdjęć noworodków. No, kurwa, nie jestem zwolennikiem antynatalizmu, ale powiedzcie mi tak szczerze: czy drący japę, pomarszczony purchlak nie wywołuje w was obrzydzenia? Wiem, że to dziecko i że mało rozumie, ale w sumie co z tego? Z racji arachnofobii pająków też nie toleruję, mimo iż wiem, że pewnie boją się mnie bardziej niż ja ich. Tyle że o ile boję się pająków, o tyle nie czuję strachu przed niemowlakami – to zwyczajna niechęć.
Jeśli miałbym wymienić i opisać tak w skrócie największe aspekty niedojebania Karyn z mojej rodziny, to szczególną uwagę zwróciłbym na:
- Uznawanie gówniaka za osiągnięcie. Mamy XXI wiek, dostęp do Internetu jest raczej powszechny, więc można się czegoś dowiedzieć o antykoncepcji. A tu większość Karyn ma dziecko – tak jak wspomniałem – z wpadki i potem oczywiście bierze ekspresowy ślub, który często kończy się szybkim rozwodem. Serio, nie kumam jak w XXI wieku, gdzie paczka prezerwatyw kosztuje około 12 złotych, człowiek może ruchać się bez zabezpieczenia i dziwić się potem, że jego partnerka zaciążyła? Co to za osiągnięcie spuścić się w kimś i zostać ojcem, nie mając często skończonej żadnej normalnej szkoły (jedna, akurat niedzieciata, to z dumą i patosem chwaliła się, że nie podeszła do matury)? Wiadomo, że nasze chujowe państwo bierze nasze pieniądze i utrzymuje z nich pasożytów, żeby się mnożyli, a teraz jeszcze madki z czwórką dzieci mają mieć zapewnioną emeryturkę bez względu na zarobki. I może to stanowi główny problem. Może to działa trochę jak Mario i jak najebiesz sto monet, to dostaniesz życie. Ostatnio widziałem reportaż o rodzinie, która narzekała, że jest biedna, mając siedmioro dzieci. Nawet nie było mi ich żal. No, może trochę dzieci było mi szkoda, bo jednak nie ich wina, że mają pojebanych starych. I chciałbym też nadmienić, że moja rodzina jest całkiem liczna, a jedna ciotka ma ośmioro potomstwa, tylko, kurwa, co z tego?
- Wtrącanie się w moje i mojej dziewczyny życie. Takie pytania o ślub i tym podobne są wkurwiające, bo tak naprawdę co ich to obchodzi? Nie będziemy brali ślubu, bo ogół tak chce. Nie będziemy też brali ślubu kościelnego, ponieważ tak zadecydowaliśmy, a jeśli będę chciał pierdolnąć sobie pogański ślub z orgiami, to kto mi zabroni? Jak jedna Karyna dowiedziała się, że nie chcemy ślubu kościelnego, to się zdziwiła i stwierdziła, że przecież takie są modne. Czy ja, kurwa, dobrze usłyszałem? Od kiedy sakramenty są modne? Zawsze wydawało mi się, że przyjmuje je osoba związana z chrześcijaństwem, a nie ktoś, kto chce sobie Marsz Mendelssohna w kościele posłuchać, bo ładnie gra muzyka. To wyłącznie argument anegdotyczny, jednak antropologiczną dedukcją zauważyłem dużą analogię między twierdzeniem, że ślub to moda, a np. uznawaniem, że każdy doktor to lekarz medycyny, a ślub cywilny nie jest ważny prawnie (nie, kurwa, ślub CYWILNY, kurwa, nie może być ważny prawnie, bo przecież na pewno nie należy do gałęzi prawa cywilnego regulowanego przez kodeks).
- Pytanie z cyklu „Kiedy dziecko?”. Zawsze wtedy z uśmiechem na twarzach odpowiadamy, że nigdy. Powinniście zobaczyć wybałuszone gały, chociaż zdarzają się też niedowierzania, jakbyśmy „życia nie znali”. Standardowe argumenty to „Kto ci na starość poda szklankę wody?” i „Kto będzie pracować na twoją emeryturę?”. Bardzo to chrześcijańskie myśleć w tak materialistyczny sposób, Ale dobra, odniosę się. Kurwa, po pierwsze, postaram się utrzymać w takim stanie, by nie musieć polegać na kimkolwiek w sprawie szklanki wody. I nie sądzę, aby właśnie po to rodziło się dzieci. Po drugie, na emeryturę to ja sobie pracuję sam, bo z tego, co mi wiadomo, państwo okrada mnie przy każdej wypłacie, zresztą nie zdziwiłbym się, gdybym w ogóle nie dostał emerytury, bo zabrakłoby hajsu w budżecie naszego roztropnego państwa. Tak, jak wspomniałem wcześniej, nie lubię gówniarzy, kiedyś odbywałem staż w domu kultury, pracując z dziećmi, ale jednak 4-5 godzin to nie cała doba, gdzie ktoś drze mordę. Moja dziewczyna też nie lubi dzieci, więc w sumie po co dwie osoby o takim podejściu miałyby je mieć? Do tego dochodzi moja nerwica i jej depra, którą kiedyś przeżywała, a to na pewno mogłoby w jakiś sposób zostać odziedziczone przez naszego ewentualnego potomka (choć lekarzem nie jestem, wiec jak coś, to mnie poprawcie). Po co mamy już na starcie spierdolić temu dzieciakowi życie? Ostatnio widziałem, jak ciotka mojej dziewczyny napisała na FB, że jej dzieci mają odrę, a jakaś jej koleżaneczka poprzez komentarz zaprosiła ją do siebie, bo nigdy nie przechodziła i chciała się zarazić. I tacy ludzie mają prawa rodzicielskie. Z obserwacji wiem, że ci, którzy biorą śluby i płodzą dzieci z powodu jakiegoś mistycznego poczucia tradycji, raczej nie należą do szczęśliwych osób. A ja chcę być szczęśliwy i nie chcę, by jakaś spierdolona madka mówiła mi, co mam robić.
Rasumując i cytując madkowego klasyka: „Odpierdolcie się od nas, od naszego dziecka i od nas”.
Ludzie z mojego najbliższego otoczenia są pierdolnięci, rozdział I
19 lutego, 2019, Autor: WigarusChyba nic tak bardzo nie potrafi zdenerwować człowieka jak inny człowiek. Pies naszcza ci do butów, kot zrzuci ci wazon, antena przestanie odbierać kanały, ale to jest naprawdę nic w porównaniu z człowiekiem, który robi wkurwiające rzeczy perfidnie i świadomie. Owszem, czasem może tych dwóch aspektów brakuje, bo ktoś jest na tyle niedojebany, że nie zdaje sobie sprawy z tego, jak głupie rzeczy mówi, a taka właśnie jest w dużej mierze moja kochana rodzina. Już postanowiłem sobie, że jak tylko zaoszczędzę grosza, a moja dziewczyna skończy studia i też będzie mieć pracę, to wypierdalam z tego grajdołku, bo choć jest on urokliwy, w fajnym miejscu i ogólnie nie brakuje przestrzeni do mieszkania, to jednak nie czuję się tu komfortowo. Pozwólcie więc, że w ten na wpół chaotyczny, na wpół poukładany w miarę możliwości sposób opowiem wam swoją historię.
Rozdział I: Babcia Klara
Babcia Klara wprowadziła się do nas jakieś 2 lata temu w wyniku wychujania wszystkich przez moją cudowną ciotkę. Jeśli czytaliście moje starsze wpisy, wiecie, o czym mówię, a jeśli nie, to zachęcam to poczytania. Może nie będzie tam wszystkiego, bo sytuacja się trochę bardziej rozwinęła, ale nie chce mi się całościowo tego opisywać. W każdym razie moja ciotka przegrała rozprawę z moim ojcem i musi co miesiąc bulić po kilkaset złociszy razem z drugą ciotką, która też nie interesowała się zbytnio swoją matką, mimo że zaręczała inaczej. No ale chuj z nimi, bo i tak nie widziałem ich od wielu lat i raczej mnie do tego nie ciągnie. „Ciotka przegrała i płaci hajsy, więc to chyba dobrze, prawda?” zapyta ktoś z tłumu. No, kurwa, nie bardzo. Babcia Klara zamieszkała u nas w domu, a mój ojciec z racji, że jego decyzje są decyzjami ostatecznymi i nikt nie ma nic do gadania, zrobił dla niej remont pokoju połączonego z kuchnią. No… Ale parę miesięcy temu wychodziło na to, że to miał być mój pokój, tylko rzecz jasna, zmieniono zdanie. Dostałem co prawda swoje osobne dwa pokoje, ale jestem odcięty od normalnej kuchni, co trochę utrudnia mi życie. Nie będę owijać w bawełnę – nienawidzę tej starej baby. Wiem, że to moja babcia, ale nie potrafię jej polubić. Zawsze mieszkała u nas jeszcze moja druga babcia (i nadal mieszka, więc jakby nie patrzeć to już dwie stare osoby w jednym domu) i miałem z nią dobry kontakt, ale z Klarą jest inaczej. Przede wszystkim symuluje – normalnie udaje schorowaną i zmęczoną, bo śpi do 11.00, ale jak leci msza na TV Trwam, to zapierdala, aż się kurzy, i to nawet o siódmej godzinie. Do mojego pokoju przychodzi tylko wtedy, kiedy czegoś chce: albo chodzi o otworzenie jej jebanego słoika, albo o „naprawienie” telewizora, bo „sam się zepsuł” (jak ktoś nakurwia oberka z anteną, to nie ma się co dziwić, że się kabel odłączył). Raz byłem u dziewczyny w Wejherowie i wróciłem dopiero po 5-6 dniach. Teraz mały quiz: jak myślicie, jaka była pierwsza reakcja mojej babci?
A) Powiedziała mi „Dzień dobry, wnusiu, jak dobrze, że wróciłeś”
B) Zapytała się, co tam porabiałem
C) Przyszła ze słoikiem, żebym go jej odkręcił
Odpowiedzcie sobie na to pytanie sami, to naprawdę prosta sprawa. Od tego właśnie mieszkam w tym domu – by przekręcać te jebane wieczka.
Kolejna rzecz – łazienka. Wiecznie zajęta. Człowiek nie może się ogolić, wysrać ani zaspokoić potrzeby puszczenia porannego szczocha, którego potem będzie musiał trzymać, ponieważ w drodze do pracy lub na studia ciężko o miejscówkę, gdzie dałoby radę to zrobić. Babsztyl siedzi tam nawet do 30-40 minut, a jak bierze prysznic, to oczywiście nie wytrze po sobie podłogi, bo przecież po co. Raz baba wyszła z łazienki i przekazała mi radosną nowinę, że „trochę uszkodziła drzwi od kabiny prysznicowej”. To „trochę” polegało na tym, że zastałem drzwi leżące luzem obok kabiny. Udało mi się je naprawić, lecz pytania bez odpowiedzi pozostały. Przede wszystkim jak ta rzekomo schorowana kobieta dysponuje tak dużą siłą? Przecież tu nawet Pudzian nie odpierdoliłby czegoś takiego. Babka napierdala każdymi możliwymi drzwiami. Raz rozjebała szafkę na korytarzu i naprawienie jej zajęło cały dzień. Myślicie, że ona się tym przejmuje? Oczywiście, że nie. Nie da się jej nic powiedzieć, bo od razu zaczyna płakać tak, jakbyśmy na nią krzyczeli. Fakty są takie, że to ja zbieram przez to większe bęcki niż ona i to na mnie się mój ojciec drze. Zresztą, cała ta sytuacja spowodowała, że stałem się wesołym użytkownikiem Asertinu i Alproxu i trwa to po dziś dzień.
Mój ojciec tylko narzeka, jak bardzo ma przejebane, bo przy starych ludziach tyle roboty. Cóż, on ma przejebane, a ja wyjebane, bo nie zamierzam się tą sprawą interesować. Ja byłem definitywnie przeciwko temu pomysłowi, zresztą moja mama też, więc jeżeli 1 głos przegłosował 2, to jest to chujnia, w której ja uczestniczyć nie zamierzam. Od czasu do czasu odkurzę u niej pokój, ale zasranego „dziękuję” za to nie otrzymam. Trzeba było ją oddać do domu starców. Tu też chyba pojawia się problem zjebanej polskiej mentalności – ludziom uroiło się, że życie to Disney i bazuje ono na z góry utartych schematach, gdzie każda sytuacja jawi się czarno-biało. Aborcja zawsze zła, katolicy zawsze dobrzy, Janusz Papaj II najwspanialszy papież, a gdy oddajesz starszego członka rodziny do domu starców, to jesteś wyrodnym dzieckiem. Bo to nie jest tak, że za ten ośrodek się płaci, nie mając w domu warunków na przyjęcie takiej osoby. Moje dwie inne ciotki (bo ojciec ma cztery siostry) niby zobligowały się do pomocy i niby od czasu do czasu coś robią, ale wydaje mi się, że to jednak stosunkowo za mało. Łatwo jest pierdolić, jak to wesoło żyć sobie z dwoma babciami, kiedy przychodzi się na miejsce akcji raz na dwa tygodnie. Nie posiada się wówczas obrazu całej sytuacji.
Kolejny grzech babci Klary to chciwość. Na święta dałem jej prezent, bo stwierdziłem, że to w końcu moja babcia i wypada. Ale teraz wiem, że już nic nigdy tej starej babie nie kupię. Spojrzała na mój prezent jak na gówno i nawet nie powiedziała „dziękuję”, a to przelało czarę. Dodatkowo ciągle uważa ona, że ma za mało pieniędzy, mimo że dostaje ich więcej, bo ciotki na nią płacą przez prawomocny wyrok. Jak ktoś wydaje nie wiadomo na co i szasta hajsem, to tak to właśnie wygląda i choćby miesięcznie miała 10 tysięcy emerytury, to i tak narzekałaby, że mało i mało. Ostatnio stwierdziła, że wizyta u fryzjera kosztuje 10 złotych. Z reguły wiadomo, że kobiety zawsze płacą więcej, ale nawet ja jako facet chcący się ogolić na „zero” nigdzie nie znalazłbym fryzjera skorego wykonać usługę za dychę.
Pomijam też fakt, że jej pokój i kuchnia są wiecznie brudne. Blaty lepią się od bliżej nieznanej mi substancji, szuflady nie chcą się domknąć, a już nieraz dochodziło do sytuacji, gdzie musiałem wyłączać gaz, bo babsko zostawiło włączoną kuchenkę. Czasami przypala garnki i jebie na cały dom, a że smród podobny trochę do niestabilnej butli propan-butan, to od razu lecę sprawdzić, czy oby kurki są zakręcone. I tak wymontowaliśmy jej już dwa. Jak już kibel się łaskawie zwolni, jebie w nim jak w trupiarni, czasem nawet gówno leży na kafelkach lub – co gorsza – zdobi drzwi kabiny prysznicowej. I to się ciągle powtarza, a kolejne próby przemówienia jej do rozsądku nie przynoszą skutku. Rozumiem, że mało brakuje jej do dziewięćdziesiątki, tylko w sumie dlaczego miałoby mnie to obchodzić w momencie, gdy widzę, że nie jest z niej taka do końca niedołężna osoba?
A wiecie, co uważam za najgorsze? Że czekam, aż ta starucha kopnie w kalendarz. Serio, nie sądziłem, iż kiedykolwiek zdarzy mi się oczekiwać tak mrocznych rzeczy, ale ja po prostu nie wyrabiam. Leczę się psychiatrycznie i potrzebuję w miarę możliwości spokoju, bo nerwica i depresja rok temu całkowicie omotały moje życie i tylko moja dziewczyna dostrzegła problem i mnie z tego wyciągnęła. Prawie że nikt nie bierze mojej choroby na poważnie, choć teraz już się tym tak nie przejmuję. Jak babcia umrze, myślę, że nawet nie uronię łzy. Z drugiej jednak strony jej śmierć mi niewiele da, ponieważ nie zamierzam mieszkać na stałe w swoim domu ze względów, o których opowiem później.
cdn.
O rodzinie i przyjaźniach
9 kwietnia, 2018, Autor: WigarusKilka razy obiło mi się o uszy stwierdzenie, że rodzinę powinno się szanować, bo łączą was więzy krwi, genealogia itp. Dziś mogę spokojnie stwierdzić, że to gówno prawda. Wszystko to wyjaśnię w dzisiejszym wpisie.
Ogólnie jakieś dwa miesiące temu naszła mnie myśl, że tak naprawdę to ludzie początkowo nieznajomi, których sam sobie dobieram i którzy potem są moimi przyjaciółmi, stanowią bardziej wartościową grupę osób w moim życiu. Dzieje się tak, ponieważ – jak mówi znane powiedzenie – rodziny się nie wybiera. To, że mam pojebaną ciotkę, która zagarnęła w wyniku śmierci mojego wujka praktycznie wszystko, co się dało, i ani myśli o łożeniu na opiekunkę dla mojej babci, nie wpisywało się na listę moich życiowych wyborów (o tym kilka lat temu poczyniłem wpis, a sytuacja się nie zmieniła prócz tego, że na początku tego miesiąca doszło do pierwszej i pewnie nie ostatniej rozprawy sądowej).
Na tę samą listę nie wpisuje się też to, że babcia zajmie moje dwa pokoje (bo ojciec się nad nią zlitował, ponieważ ciotka zostawiła jej mieszkanie w stanie krytycznym) i ogólnie jako osoba zaawansowanie stara będzie elementem niereformowalnym, bo na cokolwiek zwrócisz jej uwagę, to od razu się poryczy. Ta kobieta narzeka niekiedy na to, że gadam z kumplem przez Skype o 22-23.00 w nocy, ale nie widzi problemu w niedzielnym puszczaniu TV Trwam na całą pizdę około godziny 7.00. Za to w dni powszednie potrafi spać do 11.00 i zabrudzić całą łazienkę, podczas gdy była już ona wcześniej umyta. Staram się być maksymalnie wyrozumiały, ale po prostu nie potrafię.
Inna część rodziny to takie święte krowy z „wyższych sfer”. „Cześć” mi nie powiedzą, wolałyby raczej mnie unikać albo nawet uznają, że mnie nie poznały. W sumie chuj z nimi, bo to nawet śmieszne z jednej strony, zwłaszcza że wszyscy wiedzą, na czym się dorobiły (lecz to zostawię dla siebie). Staram się interesować ich urodzinami czy innymi wydarzeniami z życia tak często jak one moimi, czyli wcale. Oczywiście nie mówię o wszystkich, chcąc być jednak w miarę sprawiedliwy w swych osądach. Istnieje jeszcze garstka osób, które są okej i z którymi co prawda też nie mam jakiegoś super kontaktu, no ale z drugiej strony nigdy go aż tak bardzo nie miałem, więc nie mam żalu. Przynajmniej się do mnie przyznają albo zamienią parę słów.
Dlatego właśnie uznaję, że to osoby, które JA sam wybieram, są tymi najbardziej wartościowymi w mojej hierarchii. Chociaż też zdarzają się pewne smutne incydenty. Czasami znajomości, które trwały wiele lat, po prostu sypią się ot, tak. Odkąd wszedłem w związek, staram się spędzać maksymalnie dużo czasu ze swoją dziewczyną. Wiadomo, że wiąże się z to ze zmianą stylu życia, bo zwykle spędzamy ze sobą weekendy, tak więc mam trochę mniej czasu dla znajomych. Ale zawsze próbuję go znaleźć. Zresztą, kiedy moi znajomi byli w związkach i nie mieli początkowo dla mnie czasu, starałem się to zrozumieć i nie miałem do nikogo pretensji, więc w sumie oczekuję tego samego od nich. Ale niestety nie każdy umie to pojąć. Miałem chujową sytuację, bo kolega, z którym często jeździłem na różne wycieczki itd. nagle zaczął mi dogryzać z powodu związku. I to jeszcze w najgorszy możliwy sposób, bo nie w cztery oczy, tylko za plecami. Ogólnie miałem sporo problemów na studiach, miałem depresję z tego powodu, no ale ostatecznie na sześć egzaminów zdałem pięć, co i tak jest dla mnie wielkim sukcesem. Problem w tym, że jednego nie zdałem, więc jestem zmuszony zapłacić kilka stówek, a to dla mnie naprawdę spore obciążenie. Stąd też podziękowałem za propozycję wyjazdu, tłumacząc, że po prostu nie mam na chwilę obecną hajsu. Ale zdaje się, że on tego nie zrozumiał. Pisał mi notorycznie co dwa tygodnie tak, jakby wyjazd z nim stanowił dla mnie niemal święty obowiązek. Do tego jeszcze wmawiał mi, że na pewno wydobędę jakieś pieniądze, no bo, kurwa, przecież on zna lepiej stan mojego konta niż ja sam. Dodam, że trudnię się raczej dorywczymi pracami, bo mimo znikomej ilości zajęć na uczelni, muszę cisnąć magisterkę i ogólnie mam dość trudne studia, na które ciężko mi się uczy. Więc oszczędzamy z dziewczyną każdy grosz, żeby mieć na jakieś nasze małe pragnienia, a w sierpniu pojechać sobie na Woodstock (tak, wiem, że to się już tak nie nazywa). I szczerze mówiąc, bardziej wolę spędzać wolny czas z dziewczyną, nie robiąc nic, co osoby trzecie mogłyby uznać za ciekawe, ot choćby połazić sobie po lesie, niż jechać na kilka dni, żeby codziennie łoić alkohol. Po prostu mnie to przestało w pewnym momencie bawić i nic kompletnie na to nie poradzę. I tu pojawia się moment kulminacyjny, ponieważ na zbiorowej konwersacji, gdzie było kilku znajomych, tenże kolega – ponieważ uznał to za wielce wyborny dowcip – zmienił mi imię i nazwisko na „Pantoflarz”. Ogólnie niby nic takiego, ale coś we mnie się ruszyło.
No, kurwa. Typ siedzi cicho jak mysz kościelna, nie pisze do mnie i nie dzwoni. Ogólnie nie robi nic od czasu, kiedy ostatnim razem widzieliśmy się na urodzinach kumpla (gdzie zresztą byłem też ze swoją dziewczyną), ale jak taka ostatnia pizda robi coś za plecami, podśmiechuje się i gdy temat dotyczy mnie bezpośrednio, to mówi o tym moim kolegom, a nie mnie osobiście. Na tamtych urodzinach powiedział mojej dziewczynie, że nasz związek to i tak nic takiego i możliwe, że po tygodniu i tak nie będziemy razem. Popłakała się – to dość emocjonalne dla niej i pewnie dużo osób poczuje z tego powodu żenadę, ale mnie akurat to ruszyło. Ja pierdolę, typ,. który jest 7-8 lat w związku i ukrywa skrzętnie ten swój związek przed innymi, czerpiąc z tego jeszcze jakąś dziwną satysfakcję, uznaje się za specjalistę w sprawach relacji partnerskich. No, zaraz jebnę chyba. I to nie jest tak, że on się nie afiszuje. On to najzwyczajniej w świecie ukrywa, jak gdyby stanowiło to dla niego jakieś brzemię. Jego bliski kolega nawet nie ma pojęcia, że on jest w związku. Ostatnio tak dodałem dwa do dwóch, podsumowałem wszystkie wspomnienia i na serio wyszło mi, że on ma jakąś awersję do ludzi w związkach, kocha się z nich śmiać i uznaje to za mało istotny aspekt życia.
Przyznam, że również popełniałem wiele błędów, bo ten kolega miał w przeszłości na mnie duży wpływ. Jego chamskie żarty w stosunku do innych mnie bawiły, ponieważ uznawałem je po prostu za śmieszne. Sam niekiedy dokładałem do pieca. Ale to wiązało się z tym, że niemal 90% moich znajomych nie chciało, abym przychodził z nim na imprezy. Wtedy go broniłem, próbowałem zapewniać, że się poprawi. Było mi głupio, bo do dużej części tych ludzi nic nie miałem i chciałem, żeby mnie dobrze zapamiętali. Lecz w rzeczywistości nadal zachowywał się tak samo. Chciałeś zagadać do jakiejś dziewczyny przy (zmieńmy mu na potrzeby tego wpisu imię) Stefanie? Zapomnij. Stefan zaraz rzuci tekst, który postawi cię w takiej sytuacji, że spalisz się ze wstydu. Masz inne zdanie niż Stefan? Stefan wejdzie ci w połowę zdania i to wręcz z pretensją. Gdy zmienisz punkt widzenia, wypomni ci, jak to wcześniej mówiłeś inaczej, ale sam potrafi zmienić zdanie praktycznie z tygodnia na tydzień. Zdechnie ci pies albo rzuci cię dziewczyna? Licz na chamskie odzywki ze strony Stefana przynajmniej raz na jedno spotkanie, bo to zajebiście zabawne.
Chuj z taką przyjaźnią. Co prawda trwała ona kilka ładnych lat, jednak chyba nie warto jej kontynuować, skoro ktoś nie może zaakceptować zmian w twoim życiu. Wolę być nudny i szczęśliwy, niż robić rzeczy, które mnie nie bawią. I obiecuję, że jeżeli tylko dowiem się, że Stefan powiedział, choćby rzucając to mimo woli, coś o mojej dziewczynie, to mimo swojego raczej pozytywnego nastawienia do ludzi, wypierdolę mu lepę na pysk. Chociaż może po prostu nie warto tracić na niego czasu?
Telewizja.
8 marca, 2018, Autor: kotDawno nic tu nie pisałem ale nadszedł czas na kolejny wpis.
Rozmawiając z wieloma ludźmi zauważyłem, że często ich argumentacja brzmi „Bo tak pokazała telewizja, tak mówiła telewizja” a ja swoje wiem. W wielu reportażach sytuacje są podkoloryzowane, przekłamane. O ludziach niepełnosprawnych mówi się w sposób „o Boże, jacy oni biedni!” lub „O Boże, jacy oni zaradni!” a ja się pytam, dlaczego telewizja robi z ludzi niepełnosprawnych nieintelektualnie tylko inaczej albo wielkich ludzi bo sobie radzą albo biedaczków, którzy nic nie mogą zrobić. Sam mam pewną niepełnosprawność i mimo tego, że pewne rzeczy mi zrobić trudniej to jestem przecież normalny.
Denerwują mnie też rozmowy z różnymi ludźmi którzy wypowiadają się czasem bez sensu. Do większości naszego społeczeństwa nie dociera, że nie wszystko w telewizji jest prawdą, duża część także wierzy reklamą.
Jak by odpowiednio spreparowano kampanie reklamową o treści np „Zastrzel się a będzie Ci lepiej”, część osób wykonała by polecenie bo to manipulacja, której wielu nie umie się oprzeć.
Ostatnio ktoś mi wyskoczył z tekstem że gry robią z młodych ludzi psycholi. Zapytałem czemu tak uważa, to powiedział, że tak twierdzą uczeni ludzie z telewizji. Czasem bym chciał wziąć, pochodzić po mieszkaniach i powyjebywać te pudła przez okna, żeby ludziom nie prały mózgów.
Wiadomo, w TV można znaleźć sensowne treści ale wielu ludzi oglądających nawet ich nie szuka, nie filtruje informacji tylko łyka wszystko jak leci. Frustrują mnie ludzie którym nie da się wytłumaczyć, że prawda jest inna, bo zaślepił ich jakiś program w tv. Zapytam się cytując klasyka: „Co to kurwa jest?”
Dokąd ten nasz świat zmierza?
Tagi: Ludzie, reklama, TV, Życie



(oceniano 6 raz(y), średnia ocen: 8,67 na 10)