Wkurwienia w kategorii: ‘Aktualności’

Mój Prezydencie kochany – dziękujemy! Tak trzymać!

22 grudnia, 2025, Autor:

Za Caritas też niech Pan się weźmie, albowiem z tego o czym „rynek” mówi, do potrzebujących trafiają już manele przebrane i ponoć ograbione.
Z tego co Świat powiada, moze 40% darowizn trafia do tych, dla których zostały zapodane. Reszta to koszt utrzymywania biznesu.

fot

1 Wkurwik2 Wkurwiki3 Wkurwiki4 Wkurwiki5 Wkurwików6 Wkurwików7 Wkurwików8 Wkurwików9 Wkurwików10 Wkurwików (jeszcze nie oceniane)
Loading...
Lubisz to, kurwa?!
Tagi: , ,

Emerytura prezydenta

28 listopada, 2025, Autor:

Oglądam TV.
Słyszę, że poprzedni prezydent pochwalił się swoją emeryturą około 9000 zł.
Niby kurwa za co?
Za podpisywanie i wetowanie?
Zacząłem się zastanawiać, ile on ma lat. I? 53! Ja pierdole. Siedzi sobie w ciepłym gabinecie, jeździ służbowymi autami i lata gdzie chce przez 5 10 lat, a później od razu może iść sobie na emeryturę?
Rozumiem wcześniejszą dla policjantów czy wojskowych, ale prezydent? Z jakiej racji? To ja czy ty będziemy zapierdalali do 65 roku życia w różnych pracach, w różnych warunkach, a prezydent posiedział we fotelu i już ma?
Dodajmy, że prezydentem teoretycznie może zostać każdy. Losowy Mariusz może wygrać wybory. Od niego zależy, czy coś przejdzie, czy nie przejdzie. Nie musi mieć nawet znajomości prawa ani innych dziedzin nauki.
Gdzie my kurwa żyjemy, i czemu nadal w tej polsce?
No comment, brak słów…

1 Wkurwik2 Wkurwiki3 Wkurwiki4 Wkurwiki5 Wkurwików6 Wkurwików7 Wkurwików8 Wkurwików9 Wkurwików10 Wkurwików (oceniano 1 raz(y), średnia ocen: 10,00 na 10)
Loading...
Lubisz to, kurwa?!
Tagi: , ,

Wyjątkowo zimny wrzesień

25 września, 2024, Autor:

Zawsze, kiedy wydaje mi się, że już wiem wszystko o życiu, wtedy przychodzi do mnie niespodziewana lekcja, jak by celowo ścinała mnie z nóg. Podcina mnie kosą i chowa się za drzewo, patrząc jak upadam. Prosto pod samochód. 

Teraz patrzę na to z boku, ale sama nie wierzę, że mi się to wszystko przytrafiło – nawet nie w miesiąc, tylko w dwa tygodnie września.  

Zaczynajmy. 

W poniedziałek miałam wolne i poszłam do lekarza. Na – wydawać by się mogło – rutynowe badania. Widziałam jak uśmiech schodzi lekarzowi z twarzy podczas tego badania. Wyłapałam moment, kiedy zamilkł. Tak. Dokładnie to, co myślisz. Ale podobno niezłośliwy. Chociaż charakter torbieli okaże się dopiero po jej wycięciu. Krucho jak na początek tygodnia. Przyznam.  

Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że to dopiero początek.  

W czwartek przyjechałam do biura. Nic nie zwiastowało tego, co miało się wydarzyć. I chociaż relacja z toksycznym szefem czułam, że zakończy się w najbliższym czasie – to raczej myślałam, że to wyjdzie z mojej inicjatywy. No cóż – byli szybsi. Dowiedziałam się później z forum, że podobno to standard, że usuwają takich ‘niewygodnych’ jak ja, czyli tych, co mają swoje zdanie i chronią swoich granic. I nie ja pierwsza, nie ostatnia. W tej pracy zasady zmieniały się podczas gry, a granice pracowników były naginane bardziej, niż proca do wystrzału. Niejednokrotnie robiliśmy coś, czego w umowie nie było, a że byłam w zespole jedyną osobą, która potrafiła pewne rzeczy wyciągnąć na światło dzienne, to prezes poczuł się zagrożony. I dobrze. Kij mu w dupę. 

W piątek niespodziewanie się zaczyna. Silny ból brzucha z prawej strony, coś jakby wyrostek. Ledwo wyrabiam. Po czternastej jestem już w szpitalu na SOR, pół godziny później pod kroplówkami. Boli mnie niemiłosiernie przez cały ten czas. Leżę tam kilka godzin patrząc jak przezroczyste płyny lecą wprost do mojej żyły i jak jakiś student na łóżku na przeciwko mnie rzyga jak kot do czerwonego worka. Chyba zatrucie, ale od samych tych dźwięków, myślałam, że i ja oddam wszystkie ostatnie posiłki. Nieważne. Otumanioną lekami, w końcu wysyłają mnie na USG. Lekarz jakimś cudem nie mógł doszukać się wyrostka. Po dłuższych poszukiwaniach w końcu znalazł i rzekomo niczego niepokojącego się nie dopatrzył. Zjechałam windą z powrotem na SOR. Teraz już wypis ze szpitala i… no radź se pani. Do dziś nie wiadomo, co to był za ból i czemu tak kurewsko doskwierał. Byłam na tyle otumaniona lekami, że modliłam się, aby to nie wróciło jutro, jak już będę w domu. Na szczęście ten ból poszedł w pizdu.  

Ale mija tydzień. Od piątku rozkłada mnie jakieś choróbsko. Gardło boli mnie w cholerę, czuję, że powoli tracę głos. Myślałam, że to jakieś zapalenie krtani, ewentualnie angina, albo pewnie jakiś kurewski wirus z powietrza. W sobotę rano robię szybki rekonesans po szafce z lekami i widzę, że już praktycznie niczego nie mam. Nie chcąc zwlekać, zbieram się do najbliższej apteki, a ta z kolei nie jest tak blisko, jak okoliczne sklepy Żabki. Kupuję co trzeba i wracając, idę jeszcze szybko po jakieś warzywa na stragan. Kolejka dłuży mi się niczym naszym babciom czasy PRL-u. Czuję, że coś dziwnego zaczyna mi się dziać z sercem. Napierdala w jakimś dziwnym rytmie. Już wiem, że tam nie wystoję. Nie robię zakupów. Wychodzę ze straganu i siadam na małym taborecie zaraz nad schodami. Próbuję odsłonić szyję, bo jest mi strasznie duszno. I wtedy pojawia się ten biały moment. Pustka. Nicość. Próżnia. Budzę się pod schodami, z zakrwawioną twarzą, z rozjebanym nosem i bólem… bólem wszystkiego. Jakaś blondynka nade mną próbuje ze mną nawiązać kontakt, po chwili słyszę jak dzwoni po pogotowie i zgłasza całe zdarzenie. Zadaje mi pytania i próbuje rozśmieszyć, abym tylko nie odpłynęła tam, skąd już raczej się nie wraca. Chwilami otwieram oczy i spoglądam na nią, ale z trudem mi to wychodzi. Krew płynie mi strumieniami po skroni, poliku, nosie i ustach. W kilka chwil robi się nade mną tłoczno. Leżę na tym betonie, ktoś naciąga mi kurtkę na plecy, nad głową tworzy mi się jakieś kółko przypadkowych gapiów. “Pewnie cukrzyca” – pada od pierwszej z babć. “Może padaczka” – dodaje druga. “A może śniadania nie jadła” – wtrąca trzecia. Puentą jest dla mnie czwarta z tych kobiet, która uzupełnia wszystko krótkim “Taka młoda…”. Wtedy czekałam jeszcze tylko na moment, czy doda słowo “…była”. Gdyby dodała, pewnie zamknęłabym oczy na zawsze, myśląc, że odcięło mnie bezpowrotnie i patrzę na siebie już z jakiejś innej czasoprzestrzeni.  

Pogotowie przyjechało dopiero po 15-stu minutach. Słyszałam zażenowanie w głosie tej kobiety, która cały czas przy mnie była, jak i innych, okolicznych ludzi. Wiedzieli, że w takich momentach się nie zwleka.  

W szpitalu robią mi test. Spontanicznie dowiaduję się, że mam Covid. A jakże, życie musiało skopać leżącego. O ile Covid przeszłam 2 lata temu, też dość ciężko, to nie wiem jak nazwać to, co spotkało mnie wtedy w sobotę. Z marszu wiozą mnie na izolatkę. Tam już seria kroplówek, a po niej zabierają mnie na tomografię twarzoczaszki. Po wszystkim wpada zamaskowany laryngolog i zabiera się za mój nos. Muszę przyznać, że miała wprawę niczym dobra krawcowa. Próbowała mnie podnieść na duchu, że widziała już gorsze nosy i że miałam naprawdę dużo szczęścia. To prawda. W końcu nie na co dzień człowiek ma tak bliskie spotkanie z płytą chodnikową, cudem nie trafia na jakiś wystający, ostry pręt, a przy tym – jakimś cudem zachowuje zęby i nie łamie kręgosłupa, nóg i żeber.  

Laryngolog na szczęście nie musiała mi szyć ani ust, ani łuku brwiowego, jednak sama przyznała, że wyglądam jak po świeżym botoksie.  

W domu w końcu zobaczyłam się w lustrze. Twarz napuchła mi jak świeża dynia. Nie opiszę Wam jaki jest ból dopiero co nastawianego, szytego nosa, z którego cały czas jeszcze leci krew, wraz z pojawiającym się – covidowym katarem, bólem głowy od upadku, palącymi migdałami, gorączką, kołatającym sercem i napierdalającym kolanem.   

To już na szczęście częściowo za mną. Opuchlizna z twarzy zeszła mi całkowicie, a żółto-fioletowe sińce wchłonęła Heparyna.  

W tym tygodniu pozałatwiałam sobie wielu lekarzy, specjalistów. Chirurg ogólny zakazał mi już naklejania plastrów, bo przecież “rana musi oddychać”. Jutro zakładam Holter, żeby zobaczyć co z tym sercem, dziś miałam EKG. Został mi jeszcze ortopeda i stomatolog do kontroli.

Temat numer jeden z tego wpisu – usuwam w przyszłym roku, bo takie mają terminy.

Pod względem doświadczeń wrzesień był dla mnie skurwysyńsko zimny. To najgorszy miesiąc w całym moim życiu. Ba – najgorsze 2 tygodnie życia. Czułam się jak w filmie “Oszukać przeznaczenie 6”.  Skumulowane fatum, które przyjebało się jak rzep psiego ogona. Ale może nie ma tego złego i to wszystko miało jakiś sens z punktu widzenia, którego na tym etapie życia jeszcze nie znam. Nie wiem, ale skoro przeżyłam to wszystko, to chyba coś jeszcze na tym padole jest do zrobienia.

 

Uważajcie na siebie.

~ Nuka. 

1 Wkurwik2 Wkurwiki3 Wkurwiki4 Wkurwiki5 Wkurwików6 Wkurwików7 Wkurwików8 Wkurwików9 Wkurwików10 Wkurwików (oceniano 8 raz(y), średnia ocen: 8,88 na 10)
Loading...
Lubisz to, kurwa?!
Tagi: , , ,

Dokąd biegniemy, Owczy Pędzie?

2 kwietnia, 2022, Autor:

Myślę, że większość z Was czytała kiedyś George’a Orwella i zanim jeszcze napiszę cokolwiek, będziecie wiedzieli, o czym będzie mowa.

Żyjemy w czasach, gdzie bieżące informacje o wojnie, iście katastroficzny nastrój wpędzają nas w jeszcze większy stres, ale już po krótkim spocie informacyjnym, jest reklama Princessy i Milki.

To trochę tak jak ten bieg maratoński.
Biegniesz, ale nie wiesz kto i kiedy da ci batona energetycznego i łyk wody. W momencie, kiedy już padasz z wyczerpania, zjawia się ktoś, kto daje ci chwilę przyjemności, po to, byś biegł dalej i szybciej. Niestety, szybciej nie możesz, bo i tak nie masz sił, nogi powoli odmawiają posłuszeństwa, a buty zdzierają się z każdym kolejnym krokiem. Póki powierzchnia była prosta, szło całkiem łatwo, ale na trasie będą różne tereny, też te bardziej wyniosłe wzgórza, a nawet lasy. Wtedy jeszcze musisz uważać na gałęzie. Może też być już późno, bo zmieni się przecież pora dnia.

Kto wtedy będzie stał z batonem na tej trasie?

Nie wiem.
Ale trzeba założyć, że już nie będzie to Covid.
On swoje widział i nic tu po nim.
Zapadł się pod ziemię.
Wyjechał.
Nikt nie szuka listem gończym.
Po prostu przepadł.
Podobnie jak maseczki (jedno/wielo)krotnego użytku.
Dlaczego zatem mamy kazać mu się spowiadać za ucieczkę, za to, że namieszał gospodarczo i społecznie, pozamykał ludzi w domach na dwa lata, zamknął im usta dosłownie i w przenośni, przesuwał terminy operacji i zabiegów oraz, że kazał na siebie czekać, o każdej porze dnia i nocy, w każdym domu, budząc paniczny strach i przerażenie?
Czy zrobił za mało?

Żyjemy w państwie gdzie dzietność dla ludzi o prostych instynktach, jest dyktowana poborem 500 plus, a nie chęcią powiększenia rodziny i kształcenia przyszłych, mądrych pokoleń.

I to boli.

Boli bardzo. Bo cały myk polega na tym, że przedszkola i szkoły są wspólne, a to rodzi tendencje do standaryzacji myślenia u młodych pokoleń. Nauczycielom nie trzeba tłumaczyć, że jedno dziecko z patologicznej rodziny, jest w stanie sukcesywnie dezorganizować całą klasę.
I tak przez lata. Całymi pokoleniami.

Wielu ludzi wyjechało w nadziei, że gdzieś trawa będzie bardziej zielona.
A prawda jest taka, że wielu z nich mówi, że jest.
Choć łatwo nie było, piją dziś spokojnie kawę na tej trawie, poukładali sobie życie. Tylko oni wiedzą, ile ich to kosztowało.
Czasami tu wrócą, odwiedzą, ale po dłuższym pobycie – nerwowo już drepczą w miejscu. Czegoś im brak. Coś im się tu przestało zgadzać.

My z kolei nie szukajmy przykładów daleko.
Bo też mamy u siebie gości. Chcemy im pomóc.
Polak jak zawsze – przywita chlebem i solą.
I ta machina prędko ruszyła: postaw się, a zastaw się.

Kto bardziej?
Kto mniej?
Kto podziękował?
Kto nie?

Zrobimy wiele, by czuć się potrzebni, by czuć, że pomagamy. Że jesteśmy dobrzy.
Choć sami mamy coraz mniej i płacimy za to coraz więcej, to rodzi się pytanie – czy na tej planszy jest dziś ktoś bardziej ofiarny, niż Polak?
Naród, który by nas równie chętnie masowo, w tak krótkim czasie przyjął?
Pytanie jest o taki, który zorganizowałby nam mieszkania na długi pobyt, odstąpił firmowe biura, zorganizował pracę, dokumenty, opiekę medyczną i żywność.
Czy też jest do nas, Polaków, takie zaufanie?
Czy zrobiłby to naród, dla którego my to teraz robimy, a może ten zza naszej zachodniej granicy?

Z drugiej strony – widząc tę ofiarność, temat bezdomności w Polsce powinien być czymś abstrakcyjnym, prawda?
A jak wiemy – nie jest.
I fakt, że Pani Elżbieta, rencistka, która od 4 lat czeka na operację, która będzie dopiero za dwa lata, żyjąc za nieco ponad 1000 zł miesięcznie, powinna czuć się w swoim kraju zaopiekowana i doleczona.
Zwłaszcza, że to tu, przez całe życie opłacała składki.
Za nią stoi też Pan Tomasz, który po wypadku jest niezdolny do pracy, a sukcesywnie musi zjawiać się na komisjach, aby rozpatrzyć jego stan. Dotychczas cieszył się, jak dostawał zwrot za węgiel, bo równie ciężko jest mu wyżyć z pieniędzy, które dostaje, a do tego jeszcze dochodzi przecież kosztowne leczenie.

Pytań jest wiele, to zaledwie promil.

Czy czujemy się dziś bezpiecznie?
Czy możemy jeszcze mówić, co nam się podoba, a co nie?
Czy możemy jeszcze używać białych i czerwonych kredek?

Czy może Polska jest już studnią bez dna?

 

Pozdrawiam,
N.

1 Wkurwik2 Wkurwiki3 Wkurwiki4 Wkurwiki5 Wkurwików6 Wkurwików7 Wkurwików8 Wkurwików9 Wkurwików10 Wkurwików (oceniano 9 raz(y), średnia ocen: 7,44 na 10)
Loading...
Lubisz to, kurwa?!
Tagi: , , , ,