Opowiadanie vol. 3

OPOWIEŚĆ PIĘTNASTA – CO SIĘ STAŁO Z CIOTKĄ JADWIGĄ, CZYLI HISTORIA WIGILIJNA (wisienka na torcie tej książki)

 

Ciotka Jadwiga podróżowała długo i wytrwale, tak że na wieś zawitała w wigilijną noc. Wysiadła z autobusu komunikacji wiejskiej, po czym z zadowoleniem stwierdziła, że na dworze jest minus 20 stopni Celsjusza, otaczający świat przysypany jest gruba warstwą świeżego puszystego śniegu i to, że na przystanku śpi jakiś człowiek.

Duch miłosierdzia spłynął na Jadwigę i podszepnąłby uchroniła nieszczęśnika przed zamarznięciem. Pochyliła się nad śpiącym a jeden z plastikowych bananów z jej egzotycznego kapelusza, uderzył go prosto w nos. Człowiek ocknął się niespodziewanie i wzrok jego skrzyżował się ze smutnym szklanym wzrokiem złoconych styropianowych lam. Niecodzienny ów widok wywołał w obudzonym pewna konsternację, którą przerwała drastycznie ciotka Jadwiga mówiąc:

– Panie! Chcesz pan tu na amen zamarznąć?

Zbudzony człowiek zreflektował się, że pod kiściami bananów i lamich głów znajduje się postać ludzka, milczał przez chwilę, po czym smutnym głosem powiedział:

– Nie mam raczej innego wyboru…

– Bzdury pan opowiadasz. Taki młody człowiek, a życie mu niemiłe. Chodź pan ze mną – zaproponowała Jadwiga

– ,ale dokąd?

– Do mojej rodziny, na wieczerzę wigilijną.

– Kiepsko to widzę, gdyż jestem niewierzący. To chyba nie wypada – protestował bez przekonania obudzony człowiek

– A ja panu mówię, ze wypada, a wręcz wypada doskonale, ponieważ my obchodzimy wigilię świecką. Wychodzimy, bowiem z założenia, że nam ateistom też się coś od życia należy, a fakt, ze nie wierzymy w gusła i ludowe zabobony nie powinien stawać nam na przeszkodzie w uczestnictwie w wielkiej wyżerce i wzajemnym obsypywaniu się podarunkami. Więc chodź pan ze mną, chociaż ostrzegam, że karpia i paru innych detali nie będzie, bo widzi pan karp z natury to ryba cuchnąca szlamem i szalenie niebezpieczna ze względu na występowanie w nim ości, a my, jako ludzie racjonalni i roztropni nie zamierzamy ryzykować zakrztuszenia się ością zakończonego zejściem z tego świata w imię nieuzasadnionej tradycji i zadowolimy się bezpiecznym filetem z mintaja. – zachęcała jak tylko mogła Jadwiga

– W takim razie idę – obudzony człowiek wstał i rozprostował zmarznięte członki, potupał nogami, zrobił dwa przysiady i udał się z ciotką zaśnieżoną polną drogą w kierunku wytyczonym przez wcześniej wymienioną.

Przez krótką chwilę szli w milczeniu otoczeni grudniową gwiaździstą nocą. Powietrze było krystalicznie czyste, mroźne i rześkie. Pola spały za rowem przykryte grubą pierzyną śniegu. W oddali słychać było dalekie poszczekiwanie psów. Ku rozpaczy Jadwigi nie słychać zaś było janczarów, a że ciotka nie znosiła pustki dźwiękowej i monotonii podskoczyła nagle i zmieniła krok tak że od tej pory lewa noga była noga nadająca rytm po czym zapytała:

– Jak się Pan nazywa?

– Gabe Gambler – odparł nieznajomy

– O to jakoś nietypowo – zdziwiła się może trochę nietaktownie Jadwiga

– ,bo ja nie tutejszy, jam z dalekich stron… – powiedział lakonicznie nieznajomy

– Tak. To wszystko tłumaczy – skwitowała rzeczowo ciotka

I szli tak sobie dalej, aż pod żerdziowym rachitycznym płotem, którego jedynym celem było zapobieganie nawiewaniu śniegu z pola na drogę lub odseparowaniu pola od drogi, ujrzeli dość sporych rozmiarów tłumok.

– Co to może być – zastanawiała się na głos Jadwiga

– Może to sarna, która wpadła we wnyki – domniemywał Gabe

– Panie Gambler! Czyś pan oszalał – zapałała świętym oburzeniem ciotka – Sarna? We wnykach? Przy płocie? Oj widać żeś pan nieobeznany tutejszą kulturą. Tutaj proszę pana to się wnyki w lesie zakłada a nie na polu! A z resztą chodźmy i sprawdźmy co to.

Ciotka podeszła do tłumoka i szturchnęła znalezisko czubkiem buta.

– Miękki i sprężysty – obwieściła tonem Kolumba odkrywającego Amerykę ciotka – i świeży do tego, bo nie zdążył zamarznąć na kość…

– Achaaa … – udawał, że rozumie Gabe

Tłumok leżał zaś chwilę bez ruchu, po czym najwyraźniej sapnął.

– Panie Gabe! Słyszałżeś pan to? Sapnął ! – aż podskoczyła Jadwiga

– Ano sapnął – potwierdził bez ekscytacji Gabe

– Znaczy, że żyje! – dywagowała Ciotka

– Kto żyje?

– No tłumok żyje! – rozsierdziła się niedomyślnością współpodróżnika Jadwiga

– Może to gazy… – zaoponował nieśmiało Gabe

– Jakie znowu gazy?

– Gnilne.

– Gnilne?

– Może tłumok przed śmiercią najadł się trawy i ta fermentuje w jego trzewiach i wydostaje się na świat pod postacią gazów…

– Panie! Rozejrzyj się pan dokładnie. Jest minus dwadzieścia, śniegu na pół metra, a pan mi tu mówi, że on się nażarł trawy?!? Poza tym doszliśmy przecież do wniosku, że tłumok żyje…

– Faktycznie doszliśmy do takiego wniosku, ale prywatnie uważam, że objawy życia nie muszą wcale eliminować wydzielania gazów a trawa mogła rosnąć w okolicy gorących źródeł – upierał się przy swojej wersji Gabe

– Gorące źródła to są proszę pana może na Hawajach i w Toruniu a nie tutaj – rozsierdziła się ciotka

– To w takim razie nie wiem, co to może być… – Gabe skapitulował

– A i ja nie mam zielonego pojęcia…

Z tłumokiem stała się jednak rzecz dziwna. Sapnął jeszcze raz, po czym wstał i okazał się postacią ludzka płci męskiej

– Aaaaaaa! – krzyknęła przestraszona Jadwiga

– To nie tłumok. To człowiek! – zauważył bystro Gabe

– O wypraszam sobie – zachrypniętym głosem powiedział człowiek brany wcześniej za tłumok, a jeszcze wcześniej za sarnę. – Jestem Laureatem… – dokończył dumnie

– A jeżeli można wiedzieć to co pan panie Laureat tu robi? – wyraźnie zaciekawiła się ciotka Jadwiga

– Zamarzam… – padła krótka i zwięzła odpowiedź

– To jest raczej oczywiste, ale jak do tego doszło?

– O to długa i zawiła historia. Zostałem warunkowo wypuszczony z więzienia, nie bardzo wiedząc, co mam ze sobą począć włóczyłem się to tu to tam, aż w końcu ze zmęczenia i braku nadziei ległem pod tym płotem…

– To pan siedział? – przestraszył się Gabe

– Można tak powiedzieć – pokiwał smutno głową Laureat

– ,ale nie jest pan złym człowiekiem? – trwożnie upewniała się Jadwiga

– Nie jestem…

– To, dlaczego pan siedział?

– Pro publico bono, że tak powiem…

– O to lubię – z radości klasnęła w ręce Jadwiga – Społecznik! to lubię. Chodź pan z nami. Zapraszam na wigilijna wieczerzę.

– Nie odmówię, gdyż głodnym bardzo, udać się nie mam dokąd, a i zamarzać mi się odechciało, ponieważ jest to proces bolesny i uciążliwy, a alkoholu łagodzącego objawy owe nie spożyłem z prostego powodu iż jestem abstynentem.

(Dalsza część na następnej stronie)

Przewiń do strony: 1 2 3 4 5 6

1 Wkurwik2 Wkurwiki3 Wkurwiki4 Wkurwiki5 Wkurwików6 Wkurwików7 Wkurwików8 Wkurwików9 Wkurwików10 Wkurwików (oceniano 3 raz(y), średnia ocen: 10,00 na 10)
Loading...

Napisz komentarz

Musisz być zalogowany żeby móc komentować.