najwięksi przyjaciele człowieka
17 listopada, 2024, Autor: lukeCoś pozytywnego w tym zjebanym świecie.
Tagi: najwieksi przyjaciele człowiekaJest to historia na faktach bezspornie autentycznych niewątpliwie namacalnych
4 listopada, 2024, Autor: Cyk Pyk-Nie mogę dojść! – krzyknął Ormiański Onanista.
Usłyszała to Bezdzietna Kasia, która akurat przebywała na balkonie piętro wyżej. Zrobiło jej się mokro i postanowiła urzeczywistnić swoje fantazje. Opuściła więc majtki do kolan i rozsiadła się na wygodnym fotelu… Kiedy nagle… Zadzwonił jej telefon.
-Halo? – zapytała Bezdzietna Kasia.
-Musisz natychmiast założyć majtki i uciekać z mieszkania – odpowiedział nieznajomy głos.
Bezdzietna Kasia szukała wzrokiem po oknach sąsiedniego bloku swojego podglądacza, ale nie mogła go zlokalizować.
-Kim jesteś? – zapytała.
Usłyszała jednak w słuchawce jak nieznajomy rozłączył się.
-Hmm. Dlaczego nie mogę się mastrubować w moim mieszkaniu na balkonie? – zadała sobie pytanie.
Wtem w sieni zadzwonił dzwonek. Bezdzietna Kasia założyła swoje koronkowe majtki i ruszyła ku drzwiom wejściowym. Zajrzała przez wizjer i ujrzała nieznajomego mężczyznę. Mężczyzna ten był bardzo spięty i nerwowo czekał aż otworzą się drzwi.
-Kto tam? – zapytała Bezdzietna Kasia.
-To ja do ciebie dzwoniłem. Otwórz szybko nie mamy dużo czasu – zabrzmiał stłumiony, pełen nerwów głos.
-Ale ja pana nie znam – odparła.
-Posłuchaj! Za chwilę będzie tutaj Formacja Moherowych Sędziów, aby cię osądzić za świecenie cipką na balkonie. Oni cię skażą na wieczne potępienie, a potem zakopią cię żywcem!
-Jest pan niesamowitym zwyrolem i się pana boję – wypowiedziała zaniepokojona.
-Jak chcesz! Ostrzegałem! O jeny oni już tu są! – krzyknał i począł uciekać na dach.
-Za nim! To zdrajca – krzynknęła Bezlitosna św. Jadwiga wbiegając na piętro.
-On mówił prawdę. Oni przyszli mnie zabić – szepnęła cicho przerażona Bezdzietna Kasia.
Kasia przyglądała się członkom FMS przez wizjer. Mieli oni maczety, pochodnie, krucyfiksy. A jeden z nich miał linę z przygotowaną pętlą oraz ikonę symobolizującą ich przynależność. Twarze mieli zdeformowane nienawiścią oraz latami majaczenia do siebie pierdół o świętym stwórcy, który stworzył ich na swoje podobieństwo czyli bez genitaliów. Wtem odezwał się Duszy Wyzwalator:
-Przyszliśmy po ciebie ty ladacznico. Otwórz drzwi, a obiecuję że śmierć będzie szybka i bezbolesna. Jesteś dziełem Dziewczyny Szamana. Twoje genitalia są obrzydliwe i obrażają nasze uczucia religijne.
Kasię ogarnęła panika. Zaryglowała dodatkowym zamkniem drzwi.
-Do jasnej cholery, mój penis jest zepsuty! – ryknął Ormiański Onanista.
Kasia usłyszawszy swojego sąsiada ruszyła w stronę balkonu i ze łzami w oczach krzynkęła do Ormiańskiego Onanisty:
-Pomóż mi, oni tu są! Chcą mnie zabić!
-Aaa to pani. Kto chce panią zabić? – zapytał Ormiański Onanista trzymając swojego penisa w dłoni.
-To Formacja Moherowych Sędziów! Przyszli po mnie.
-Ooo kurwa! – odparł Ormiański Onanista. Po chwili jego penis zdecydowanie się zmniejszył.
-Pani Bezdzietna Kasiu, zaraz u pani będę, tylko dojdę – odparł i zniknął w swoim mieszkaniu.
Kasia stała na balkonie i patrzyła w dół szukając wzrokiem Ormiańskiego Onanisty.
-Heeeeeeej! – usłyszała jak z góry dobiega wołanie.
-Tutaj jestem! – krzyczał nieznajomy.
Kasia próbowała dojrzeć nieznajomego, ale rażące słońce utrudniało jej nawiązanie kontaku wzrokowego.
-Zadzwoniłem po… – wypowiedział ostatnie słowa, gdy otrzymał cios nożem w plecy od Bezlitosnej św. Jadwigi, patronki starych bezpłciowych grzybów.
Po chwili Bezdzietna Kasia ujrzała jak ciało nieznajomego mężczyzny poczęło szybować w dół.
-Nieeeeee! – krzyknęła zdruzgotana.
-Ha ha ha ha ha, ty będziesz następna – śmiała się Bezlitosna św. Jadwiga.
-Przestań! Ty zjebie genetyczny! Jesteś chora! – krzyczała donośnie Bezdzietna Kasia.
Wtem na klatce schodowej rozległ się hałas przypominający strzały z broni maszynowej. Kasia upadła na podłogę na swoim balkonie zasłaniając głowę rękoma.
Był to w istocie karabin AK 47. Ormiański Onanista niczym Rambo oddawał strzał za strzałem w stronę członków FMS. Jego twarz pełna wysiłku i złości, przypominała tą z posiedzenia na tronie. Krew tryskała na ściany. Trupy padały jeden za drugim. Pochodnie zapalały ich ciała. A wibracje karabinu były tak silne, że pod ich wpływem penis Ormiańskiego Onanisty stanął na baczność w majtkach.
-Może życzycie sobie więcej ołowiu towarzysze? – powiedział do siebie Ormiański Onanista śmiejąc się w głos, żując przy tym gumę miętową i oddając kolejne strzały.
W jednej chwili zapadła grobowa cisza. Skończyła się amunicja. Gęsty dym, który wydobywal się z lufy opadał na podziurawione ciała członków FMS. Bezdzietna Kasia odwróciła głowę w stronę mieszkania i nasluchiwała. Ormiański Onanista opuścił broń i trwał w swojej zadumie.
-Taaak… Teraz jestem spokojny – warknął pod nosem Ormiański Onanista. Splunął przed siebie gumą i czekał.
Kasia niczym spłoszona zwierzyna, ale wiedziona nieodpartą ciekawością zbliżała się ku drzwiom by przez wizjer zobaczyć co się tam wydarzyło. Ujrzała Ormiańskiego Onanistę patrzącego na stos bezgenitalnych ciał. Po chwili otworzyła zamki i uchyliła drzwi. Ormiański Onanista przyjął gardę i wymierzył broń w Kasię, ale po chwili usmiechnął się rzucając w jej stronę:
-Pani Kasiu, już wszystko dobrze. Odesłałem te podejrzane eksperymenta do ich stwórcy.
Nagle zza Ormiańskiego Onanisty wyłoniła się postać z nożem.
-Uważaj! – krzyknęła Bezdzietna Kasia.
Była to Bezlitosna św. Jadwiga. Zamachnęła się nożem, ale Ormiański Onanista zrobił unik. Noż wbił się w drzwi od mieszkania Bezdzietnej Kasi. Bezlitosna św. Jadwiga upadła na kolana parskając:
-Wy ziemskie seksowne istoty! Macie te swoje narządy i grzeszycie każdego dnia. My nie
możemy na to patrzeć. My nie możemy uprawiać seksu. Nie mamy czym. Dlaczego… Dlaczego… – Szlochała Bezlitosna św. Jadwiga.
Na miejsce przybył Psi Patrol.
-No ładnie. To będzie od groma papierkowej roboty… – powiedział aspirant Drożdzówka dojadając pączka do swojego partnera śledczego inspektora Kluseczki.
-Ooo zobacz a ten miał wykupioną prenumeratę Playboya – zaśmiał się inspektor Kluseczka rozchylając długopisem służbowym klapy kurtki jednego z martwych członków FMS.
-Pani pozwoli z nami – dodał aspirant Drożdżówka i zakuł w kajdanki Bezlitosną św. Jadwigę.
Bezdzietna Kasia patrzyła pożądliwie na Ormiańskiego Onanistę, gdy ten zamyślony stał z bronią zawieszoną od strony lufy na ramieniu.
-Mój bohater! – powiedziała Bezdzietna Kasia.
Ormiański Onanista uśmiechnął się, bo wiedział że nie będzie musiał już samodzielnie się zaspokajać. A poźniej seksili się długo i szczęśliwie w mieszkaniu, na ich ogromnym do seksu stworzonym łóżku u Bezdzietnej Kasi.
Tagi: opowiadanie, ormianski onanistaPrzypadki Tycjana Niegramota
2 października, 2024, Autor: lukePewnego dnia Tycjan Niegramot wpadł na fenomenalny pomysł jak zarobić pieniądze.
Z kolegą Waldemarem wymyślili, że będą zbierać kasę na głodujące murzyniątka w Kongo.
Udali się więc na prowincjonalną parafię gdzieś w Polsce.
I tam zorganizowali konkurs na najlepsze zdjęcie parafian, które może poprzeć misję w Kongo.
Podczas niedzielnej mszy przeglądali zdjęcia, które były wybitnie chujowe.
Nagle katechetka wezwała do spontanicznej modlitwy przed ołtarzem czworo dzieci i kolegę Waldemara.
Dzieci zmanipulowane i zindoktrynowane coś tam pierdoliły.
Kolega Waldemar otrzymawszy mikrofon milczał.
Zmuszony przez katechetkę do odpowiedzi wyznał szczerze, że on w to wszystko nie wierzy i nie będzie pierdolił farmazonów.
Wśród wiernych zgromadzonych w kościele zawrzało.
Zdrada ! – zakrzyknęli i uznali akcję wspierania dzieci w Kongo za jeden wielki wałek.
Tycjan korzystając z zamieszania czmychnął z kościoła.
Dzielny proboszcz podążył za nim i chwycił go za szmaty.
Tycjan się nie nie perdolił i wyjebał katabasowi z bańki.
Proboszcz zaczął się szarpać i bulgotać.
Niegramot zauważył kamień do ogórków leżący na przykościelnym trawniku.
Wyjebał tym kamieniem w łeb proboszczowi, który zaczął charczeć.
Wyjebał mu drugi raz.
Proboszcz charcząc zaczął wzywać na pomoc kościelnego.
Trzecie uderzenie kamieniem w łeb skutecznie wyłączyło fonię proboszczowi.
Tycjan chwycił spaślaka za nogi i zawlekł za kościół, po czym zjebał go z wysokiej skarpy w krzaczory.
Do kościoła nie mam co wracać – pomyślał – ale trzeba ratować Waldemara.
Niegramot udał się niezwłocznie do pobliskiego miasteczka, gdzie zatrudnił się u turasa w kebabie.
Przekonał turasa, że przed kościołem (tam gdzie został kolega Waldemar) będzie festyn – czy odpust – chuj jak zwał tak zwał i że warto pojawić się tam z kebabem.
Turas poszedł na to.
Wsadził Tycjna w granatowego dostawczaka Mercedesa kaczkę z 1978 roku wypełnionego po brzegi ciepłymi porcjowanymi kebabami i hamburgerami gotowymi do wpierdolenia.
Tycjan pojechał ratować Waldemara.
Przed kościołem zakrzyknął, że żarcie za darmo.
Tłum ruszył.
Niektórzy ze sępolstwa brali po pięć kebabów.
Tycjan rozdawał, po czym oznajmił, że towar mu się skończył, ale pojedzie po nowy tylko potrzebuje Waldemara do pomocy.
Rozentuzjazmowany tłum się zgodził.
Gdy Waldemar znalazł się w kabinie – Tycjan powiedział – spierdalamy!!!
No i zaczęli spierdalać.
Chcąc porzucić Mercedesa zajechali na jakieś wygnojewo na wąski dworzec kolejowy.
Pech chciał, że Tycjan wjechał na peron, a cofając nierozważnie zajebał siedmiu ludzi w tym dzieci.
O kurwa – pomyśłał…
Spierdalamy dalej…
Do Niemiec….
I tak uciekali, a nie było łatwo, gdyż układ hamulcowy Mercedesa pozostawiał wiele do życzenia.
Na dworcu kolejowym w Berlinie okazało się, że wszyscy na wszystko mają wyjebane i kasa biletowa na pociągi do Paryża jest nieczynna do godziny 14.
W tym wypadku Tycjan wdrapał się na dach autobusu rejsowego, na którym leżał już jakiś człowiek ze służb specjalnych.
Szukał on Tycjana, ale nie zajarzył, że Tycjan to Tycjan i dał mu potrzymać swój służbowy pistolet.
Tycjan nie był głupi i strzelił mu prosto w łeb, po czym zrzucił nieboszczyka z jadącego autostradą autobusu.
W tym samym czasie na dachu innego autobusu Waldemar podążał w siną dal….
Tagi: opowiadanieWyjątkowo zimny wrzesień
25 września, 2024, Autor: NukaZawsze, kiedy wydaje mi się, że już wiem wszystko o życiu, wtedy przychodzi do mnie niespodziewana lekcja, jak by celowo ścinała mnie z nóg. Podcina mnie kosą i chowa się za drzewo, patrząc jak upadam. Prosto pod samochód.
Teraz patrzę na to z boku, ale sama nie wierzę, że mi się to wszystko przytrafiło – nawet nie w miesiąc, tylko w dwa tygodnie września.
Zaczynajmy.
W poniedziałek miałam wolne i poszłam do lekarza. Na – wydawać by się mogło – rutynowe badania. Widziałam jak uśmiech schodzi lekarzowi z twarzy podczas tego badania. Wyłapałam moment, kiedy zamilkł. Tak. Dokładnie to, co myślisz. Ale podobno niezłośliwy. Chociaż charakter torbieli okaże się dopiero po jej wycięciu. Krucho jak na początek tygodnia. Przyznam.
Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że to dopiero początek.
W czwartek przyjechałam do biura. Nic nie zwiastowało tego, co miało się wydarzyć. I chociaż relacja z toksycznym szefem czułam, że zakończy się w najbliższym czasie – to raczej myślałam, że to wyjdzie z mojej inicjatywy. No cóż – byli szybsi. Dowiedziałam się później z forum, że podobno to standard, że usuwają takich ‘niewygodnych’ jak ja, czyli tych, co mają swoje zdanie i chronią swoich granic. I nie ja pierwsza, nie ostatnia. W tej pracy zasady zmieniały się podczas gry, a granice pracowników były naginane bardziej, niż proca do wystrzału. Niejednokrotnie robiliśmy coś, czego w umowie nie było, a że byłam w zespole jedyną osobą, która potrafiła pewne rzeczy wyciągnąć na światło dzienne, to prezes poczuł się zagrożony. I dobrze. Kij mu w dupę.
W piątek niespodziewanie się zaczyna. Silny ból brzucha z prawej strony, coś jakby wyrostek. Ledwo wyrabiam. Po czternastej jestem już w szpitalu na SOR, pół godziny później pod kroplówkami. Boli mnie niemiłosiernie przez cały ten czas. Leżę tam kilka godzin patrząc jak przezroczyste płyny lecą wprost do mojej żyły i jak jakiś student na łóżku na przeciwko mnie rzyga jak kot do czerwonego worka. Chyba zatrucie, ale od samych tych dźwięków, myślałam, że i ja oddam wszystkie ostatnie posiłki. Nieważne. Otumanioną lekami, w końcu wysyłają mnie na USG. Lekarz jakimś cudem nie mógł doszukać się wyrostka. Po dłuższych poszukiwaniach w końcu znalazł i rzekomo niczego niepokojącego się nie dopatrzył. Zjechałam windą z powrotem na SOR. Teraz już wypis ze szpitala i… no radź se pani. Do dziś nie wiadomo, co to był za ból i czemu tak kurewsko doskwierał. Byłam na tyle otumaniona lekami, że modliłam się, aby to nie wróciło jutro, jak już będę w domu. Na szczęście ten ból poszedł w pizdu.
Ale mija tydzień. Od piątku rozkłada mnie jakieś choróbsko. Gardło boli mnie w cholerę, czuję, że powoli tracę głos. Myślałam, że to jakieś zapalenie krtani, ewentualnie angina, albo pewnie jakiś kurewski wirus z powietrza. W sobotę rano robię szybki rekonesans po szafce z lekami i widzę, że już praktycznie niczego nie mam. Nie chcąc zwlekać, zbieram się do najbliższej apteki, a ta z kolei nie jest tak blisko, jak okoliczne sklepy Żabki. Kupuję co trzeba i wracając, idę jeszcze szybko po jakieś warzywa na stragan. Kolejka dłuży mi się niczym naszym babciom czasy PRL-u. Czuję, że coś dziwnego zaczyna mi się dziać z sercem. Napierdala w jakimś dziwnym rytmie. Już wiem, że tam nie wystoję. Nie robię zakupów. Wychodzę ze straganu i siadam na małym taborecie zaraz nad schodami. Próbuję odsłonić szyję, bo jest mi strasznie duszno. I wtedy pojawia się ten biały moment. Pustka. Nicość. Próżnia. Budzę się pod schodami, z zakrwawioną twarzą, z rozjebanym nosem i bólem… bólem wszystkiego. Jakaś blondynka nade mną próbuje ze mną nawiązać kontakt, po chwili słyszę jak dzwoni po pogotowie i zgłasza całe zdarzenie. Zadaje mi pytania i próbuje rozśmieszyć, abym tylko nie odpłynęła tam, skąd już raczej się nie wraca. Chwilami otwieram oczy i spoglądam na nią, ale z trudem mi to wychodzi. Krew płynie mi strumieniami po skroni, poliku, nosie i ustach. W kilka chwil robi się nade mną tłoczno. Leżę na tym betonie, ktoś naciąga mi kurtkę na plecy, nad głową tworzy mi się jakieś kółko przypadkowych gapiów. “Pewnie cukrzyca” – pada od pierwszej z babć. “Może padaczka” – dodaje druga. “A może śniadania nie jadła” – wtrąca trzecia. Puentą jest dla mnie czwarta z tych kobiet, która uzupełnia wszystko krótkim “Taka młoda…”. Wtedy czekałam jeszcze tylko na moment, czy doda słowo “…była”. Gdyby dodała, pewnie zamknęłabym oczy na zawsze, myśląc, że odcięło mnie bezpowrotnie i patrzę na siebie już z jakiejś innej czasoprzestrzeni.
Pogotowie przyjechało dopiero po 15-stu minutach. Słyszałam zażenowanie w głosie tej kobiety, która cały czas przy mnie była, jak i innych, okolicznych ludzi. Wiedzieli, że w takich momentach się nie zwleka.
W szpitalu robią mi test. Spontanicznie dowiaduję się, że mam Covid. A jakże, życie musiało skopać leżącego. O ile Covid przeszłam 2 lata temu, też dość ciężko, to nie wiem jak nazwać to, co spotkało mnie wtedy w sobotę. Z marszu wiozą mnie na izolatkę. Tam już seria kroplówek, a po niej zabierają mnie na tomografię twarzoczaszki. Po wszystkim wpada zamaskowany laryngolog i zabiera się za mój nos. Muszę przyznać, że miała wprawę niczym dobra krawcowa. Próbowała mnie podnieść na duchu, że widziała już gorsze nosy i że miałam naprawdę dużo szczęścia. To prawda. W końcu nie na co dzień człowiek ma tak bliskie spotkanie z płytą chodnikową, cudem nie trafia na jakiś wystający, ostry pręt, a przy tym – jakimś cudem zachowuje zęby i nie łamie kręgosłupa, nóg i żeber.
Laryngolog na szczęście nie musiała mi szyć ani ust, ani łuku brwiowego, jednak sama przyznała, że wyglądam jak po świeżym botoksie.
W domu w końcu zobaczyłam się w lustrze. Twarz napuchła mi jak świeża dynia. Nie opiszę Wam jaki jest ból dopiero co nastawianego, szytego nosa, z którego cały czas jeszcze leci krew, wraz z pojawiającym się – covidowym katarem, bólem głowy od upadku, palącymi migdałami, gorączką, kołatającym sercem i napierdalającym kolanem.
To już na szczęście częściowo za mną. Opuchlizna z twarzy zeszła mi całkowicie, a żółto-fioletowe sińce wchłonęła Heparyna.
W tym tygodniu pozałatwiałam sobie wielu lekarzy, specjalistów. Chirurg ogólny zakazał mi już naklejania plastrów, bo przecież “rana musi oddychać”. Jutro zakładam Holter, żeby zobaczyć co z tym sercem, dziś miałam EKG. Został mi jeszcze ortopeda i stomatolog do kontroli.
Temat numer jeden z tego wpisu – usuwam w przyszłym roku, bo takie mają terminy.
Pod względem doświadczeń wrzesień był dla mnie skurwysyńsko zimny. To najgorszy miesiąc w całym moim życiu. Ba – najgorsze 2 tygodnie życia. Czułam się jak w filmie “Oszukać przeznaczenie 6”. Skumulowane fatum, które przyjebało się jak rzep psiego ogona. Ale może nie ma tego złego i to wszystko miało jakiś sens z punktu widzenia, którego na tym etapie życia jeszcze nie znam. Nie wiem, ale skoro przeżyłam to wszystko, to chyba coś jeszcze na tym padole jest do zrobienia.
Uważajcie na siebie.
~ Nuka.
Tagi: skurwysyn, to, wrzesień, zimny